Styczeń z Jeżycjadą: kiedy za oknem mróz, na Roosevelta kipi życie

Są takie książki, które czyta się najlepiej w określonym czasie. Mają w sobie coś, co sprawia, że gdy za oknem jest mróz, a wieczory są długie i ciemne, ich strony nabierają szczególnego smaku. W Jeżycjadzie mamy dwie powieści, których akcja rozgrywa się właśnie w styczniu i powiem Wam szczerze, że to idealny moment, by po nie sięgnąć.

„Kwiat kalafiora” – sylwester 1977 i pierwsze tygodnie nowego roku

Wyobraźcie sobie Polskę końca lat siedemdziesiątych. Edward Gierek jeszcze przy władzy, w sklepach – no cóż, w sklepach bywa różnie, ale za to w poznańskim mieszkaniu na Roosevelta życie kipi. Akcja „Kwiatu kalafiora” zaczyna się w sylwestra 1977 roku i przenosi nas w sam środek styczniowego zamieszania. Mama Mila trafia do szpitala pierwszego dnia Nowego Roku, a siedemnastoletnia Gabrysia musi nagle wziąć na swoje barki całe gospodarstwo domowe wraz z trzema młodszymi siostrami i ojcem, który był nieco nieporadny życiowo.

To jest książka o dorastaniu w ekspresowym tempie, o tym, jak nagle okazuje się, że wszystko, co mama robiła „po drodze”, zajmuje cały dzień. Ale też – i to jest piękne – o tym, jak w najtrudniejszych chwilach pojawiają się ludzie, którzy chcą pomagać.

Eksperymentalny Sygnał Dobra – idea, która przetrwała dekady

W „Kwiecie kalafiora” powstaje grupa ESD – Eksperymentalny Sygnał Dobra – towarzystwo dyskusyjne, którego członkowie postanawiają zbadać wpływ uśmiechu na innych ludzi. Brzmi naiwnie? A może właśnie dlatego tak bardzo tego dziś potrzebujemy? Jak mówi jeden z bohaterów:

Od dziś należy uśmiechać się, dla eksperymentu, do każdej napotkanej osoby. W kolejce, w autobusie, na ulicy. Wysyłać eksperymentalne sygnały dobra.

Pomyślcie – kolejka, autobus, ulica. Polska lat siedemdziesiątych. A mimo to próba przełamania codziennej szarości jednym gestem.

Jest w tej książce scena, którą uwielbiam – kiedy Gabrysia wraca wieczorem do domu i patrzy w rozświetlone okna mieszkania:

Z ulicy, pod ukośnie zawieszoną, kusą zasłonką, widać było za plecami Idy migający ekran telewizora i schyloną mamę, która zbierała naczynia ze stołu. Pulpa i Nutria ze śmiechem nosiły się na barana.

I ta myśl Gabrysi:

diabelnie, diabelnie ich wszystkich kocha.

Bo o tym właśnie jest ta książka – o miłości do zwykłego, codziennego, niedoskonałego życia rodzinnego i bezcennej sile przyjaźni. Wiem, wiem, jest tam też Pyziak, ale nie jest to moja ulubiona jeżycjadowa historia miłosna.

„Język Trolli” – sylwestrowy wieczór ćwierć wieku później

Przeskakujemy o ponad 25 lat do przodu. Jest sylwester na przełomie 2003 i 2004 roku, ale znowu jesteśmy na Jeżycach, znów w rodzinnym kręgu Borejków. Tym razem jednak widzimy świat oczami dziewięcioletniego Józinka Pałysa – i to jest zupełnie nowa perspektywa w Jeżycjadzie.

Polska się zmieniła. Zamiast kolejek – korki samochodowe (jeden z nich odgrywa w fabule ważną rolę). Zamiast komitetów blokowych – skinheadzi na podwórku. Józinek nosi szalik Lecha

Nie z upodobania do brzydoty, lecz tylko jako asekurację przed chłopakami z drugiego podwórka. – bo „takie są realia na Jeżycach i nie ma co się na nie dąsać – trzeba po prostu przybrać przekonujące barwy ochronne.

Smutne? Może trochę. Ale jednocześnie pokazuje, jak bystrze dziecko potrafi nawigować w świecie dorosłych.

Tytułowa Trolla – Stanisława – to postać, od której „aż wiało duchem wolności„. Nietypowa, ekscentryczna, w kapeluszu, którego nie chce zdjąć nawet na lekcji. I właśnie w konfrontacji z tą „innością” bohaterowie uczą się czegoś ważnego – że „są tacy, co okradną nawet wiejski kościółek. I są tacy, co oddadzą ostatni grosz dla chorego. Jak wiem, że są ci drudzy, to się nie boję tych pierwszych„.

Dlaczego właśnie teraz?

Czytanie „Kwiatu kalafiora” w styczniu to podróż w czasie – do Polski kartek i półek z octem, ale też do świata, w którym nastolatki niezwykle mocno stawiano na relacje. Czytanie „Języka Trolli” w styczniu to z kolei spojrzenie na to, jak ta sama rodzina, te same Jeżyce wyglądają pokolenie później – gdy problemy są inne, ale wartości pozostają.

Obie książki łączy zimowa aura, sylwestrowe toasty, noworoczne postanowienia i to szczególne uczucie początku – nowego roku, nowej drogi, nowych możliwości. I obie, każda na swój sposób, mówią o tym, że „nie wolno przyjmować z góry, że w pewnych okolicznościach zło nie jest złem” – jak mówi Robert Rojek w „Kwiecie kalafiora”. Że trzeba być dobrym, nawet gdy jest trudno. Zwłaszcza wtedy.

Coś dla ucha i dla duszy

W „Języku Trolli” znajdziecie piękną myśl o książkach – i warto ją zapamiętać:

Każda książka, jaka stoi na naszych półkach, jest cenna, wyjątkowa i potrzebna, bo każdą z nich czytał ktoś z waszych bliskich. Cieszył się nad tymi książkami, uczył się z nich, nad niejedną płakał, nad inną się śmiał.

A jeśli chcecie poczuć klimat tamtych lat jeszcze mocniej – polecam film „ESD” z 1986 roku, nakręcony na motywach „Kwiatu kalafiora” i „Idy sierpniowej”. To taki wehikuł czasu w formie kina lat osiemdziesiątych – z całą jego specyficzną estetyką i ciepłem.

Styczeń za oknem, kubek herbaty w dłoni, Jeżycjada na kolanach. Czy można sobie wyobrazić lepszy sposób na rozpoczęcie nowego roku czytelniczego? Ja nie potrafię.

A Wy – kiedy ostatnio czytaliście te dwie części? Pamiętacie jeszcze swoje pierwsze spotkanie z Gabrysią i grupą ESD?


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *