Kiedy Moira Walley-Beckett – zdobywczyni Emmy za scenariusz do legendarnego odcinka „Ozymandias” z „Breaking Bad” – wzięła się za adaptację „Ani z Zielonego Wzgórza”, mało kto spodziewał się, że ta współczesna reinterpretacja klasyki Lucy Maud Montgomery tak odważnie przemówi głosem XXI wieku. A jednak „Ania, nie Anna” to coś więcej niż kolejna ekranizacja ukochanej powieści z 1908 roku – to manifest współczesności ukryty w kostiumach epoki wiktoriańskiej.
Gdy klasyka spotyka współczesność
Serial, który CBC i Netflix zrealizowały w latach 2017-2019, z założenia miał być inny. Walley-Beckett wraz ze swoją producentką Mirandą de Pencier postawiły na „dokumentalny poziom realizmu” – zarówno w warstwie wizualnej (przepiękne zdjęcia z Prince Edward Island i Ontario), jak i tematycznej. Efekt? Opowieść, która nie boi się mówić głośno o tym, co książkowa wersja przemilczała lub ledwie sugerowała.

Wątki LGBT+, feminizmu, molestowania, dyskryminacji rasowej i – co szczególnie istotne dla kontekstu kanadyjskiego – zbrodniczy proceder odbierania dzieci rdzennym mieszkańcom w celu nawracania ich na katolicyzm (tzw. residential schools) – wszystko to znajduje miejsce w narracji serialu. I choć niektórzy krytycy zarzucali twórczyniom nadmierną „modernizację”, ja widzę w tym coś fundamentalnie innego: uznanie faktu, że te problemy istniały zawsze, tylko były systematycznie przemilczane.
Przyjaźń jako fundament
To, co serial robi wyjątkowo dobrze, to budowanie relacji międzyludzkich. Przyjaźń Ani z Dianą, Ruby, Josie, Tillie i Prissy nie jest tu tylko słodką opowiastką – to portret kobiecej solidarności w patriarchalnym świecie. Więź między Anią a Mateuszem Cuthbertem zyskuje niesamowitą głębię, pokazując, jak dwoje outsiderów (dziewczynka-sierota i mężczyzna zmagający się z lękiem społecznym) może się nawzajem uratować. Maryla przestaje być tylko surową opiekunką – staje się kobietą z traumami, pragnieniami i skrępowaną czułością, która powoli się uwalnia. Co ciekawe, relacja Ani z Gilbertem również została opowiedziana na nowo. Tak, z czasem zakochali się w sobie, ale oprócz rywalizacji dużo w tym przyjaźni i chęci partnerstwa. Oboje byli inny, zatem tym bardziej dopasowani. Ich finałowa scena stała się wręcz wiralowym fragmentem w mediach społecznościowych
Amybeth McNulty – wspaniałe nowe wcielenie Ani
W moim odczuciu Amybeth McNulty jest idealna. Ta irlandzko-kanadyjska aktorka została wybrana spośród niemal 1800 kandydatek, a jej przesłuchanie polegało na… rozmowie z drzewami i budowaniu tronów z patyków. Brzmi znajomo? To właśnie esencja Ani.
Co więcej, McNulty miała zaledwie 15 lat, gdy rozpoczynała pracę nad serialem, grając młodszą od siebie 13-letnią Anię. Przez trzy sezony mogliśmy obserwować, jak wraz z postacią dorasta sama aktorka – ta autentyczna metamorfoza nadaje serialowi wiarygodność rzadko spotykaną w produkcjach dla młodzieży. McNulty oddaje ekspresję i emocjonalność książkowej Ani z pełnym przekonaniem, nie popadając w sztuczność czy przesadę. Ciekawostka: naturalnie jest blondynką, ale rudy kolor włosów tak przypadł jej do gustu, że została z nim do dziś!
Żeński głos i perspektywa
Niezwykle istotnym faktem jest, że cały zespół scenarzystów serialu stanowiły wyłącznie kobiety. Walley-Beckett napisała samodzielnie cały pierwszy sezon, a w kolejnych sezonach dołączyły do niej inne autorki. To widać – serial podchodzi do swoich bohaterek (i bohaterów) z empatią i zrozumieniem, które rzadko spotyka się w produkcjach kierowanych przez męskie zespoły.
Serial wprowadza też nowe postacie, których nie ma w książkach – jak Sebastian (czarnoskóry przyjaciel Gilberta, który doświadcza rasizmu) czy Cole (wrażliwy chłopiec odkrywający swoją orientację seksualną), czy Ka’kwet (dziewczynka z ludu Mi’kmaq, której losy pokazują horror residential schools). Te postaci nie są tokenami – ich historie są integralną częścią narracji i nadają jej niezbędną głębię. Pogłębiają świat Ani, poszerzają spojrzenie na ówczesną Kanadę i problemy społeczne.

Dlaczego to ma znaczenie?
„Ania, nie Anna” nie jest próbą „poprawienia” Montgomery czy narzucenia jej współczesnych wartości. To raczej odczytanie na nowo, które pyta: co naprawdę działo się w tamtych czasach? Jakie traumy, jakie nierówności, jakie okrucieństwa kryły się za fasadą „dobrych manier”?
Ania Montgomery zawsze była dziewczyną, która nie mieściła się w normach – Walley-Beckett nazywa ją „przypadkową feministką”. Serial po prostu wydobywa to, co zawsze było w tej postaci, i umieszcza w szerszym kontekście społecznym.
„Ania, nie Anna” to serial odważny, piękny wizualnie i poruszający emocjonalnie. To opowieść o tym, że być sobą w świecie, który tego nie akceptuje, wymaga niezwykłej siły – ale jest możliwe. Serial zakończył się po trzech sezonach (ku wielkiemu rozczarowaniu fanów, którzy wciąż prowadzą kampanię #renewannewithane), ale te 27 odcinków stanowi kompletną, satysfakcjonującą opowieść o dorastaniu, akceptacji i sile przyjaźni.
Jeśli szukacie serialu, który potrafi być jednocześnie wzruszający i prowokujący, nostalgiczny i współczesny, bajkowy i brutalnie prawdziwy – to jest właśnie ta produkcja. Ania Shirley zasługuje na takie odczytanie jej historii. I my, widzowie, zasługujemy na serial, który nie boi się mówić prawdy.
Ciekawostka: Planowano więcej sezonów niż 3! Serial był regularnie odnawiany przez CBC i Netflixa – najpierw dostał drugi sezon w sierpniu 2017, potem trzeci sezon w sierpniu 2018. Każdy sezon dostał pełną liczbę zamówionych odcinków.
Co się stało?
Serial został całkowicie skasowany po trzecim sezonie w listopadzie 2019 roku. Głównym powodem było zerwanie współpracy między CBC a Netflix – Catherine Tait, prezes CBC, stwierdziła, że koprodukcje z Netflix szkodzą kanadyjskiemu przemysłowi filmowemu i porównała Netflix do imperializmu.
Fani zareagowali masową kampanią #RenewAnneWithAnE – powstały petycje (ponad milion podpisów), kupiono billboardy w Toronto i Nowym Jorku, a nawet Ryan Reynolds i Sam Smith włączyli się w walkę o serial. Niestety, Netflix i CBC nie zmienili decyzji.
Wielu fanów i krytyków uważa, że kasacja była tragiczna, szczególnie że pozostawiono niedomknięte wątki – zwłaszcza historię Ka’kwet, rdzennej Kanadyjki wysłanej do residential school.







Dodaj komentarz