Zwiedzając Jeżyce 2

Dodaję ponownie jeden z najpopularniejszych wpisów na dawnym jeżycjadowym blogu. Stworzyłam go w roku 2019, zatem niektóre adresy mogą być nieaktualne.

Jak pewnie pamiętacie, do Poznania z przyjaciółkami, o czym piszę tutaj. Była to moja pierwsza wizyta w Poznaniu i niestety za krótka, poza tym dziewczyny nie czytały Jeżycjady, więc zwiedzanie też było trochę za szybkie.

Już wtedy wiedziałam, że kiedyś tam wrócę, ale nie sądziłam, że tak szybko! Kłopoty zdrowotne dokuczają mi od kilka miesięcy, a po dłuższym leczeniu w Lublinie postanowiłam poszukać specjalisty gdzieś dalej i o dziwo forumowicze polecali chirurga z… Poznania, który słysząc moją historię, kazał mi przyjechać jak najszybciej. A więc w Poznaniu pojawiłam się już dwa dni później, sama. Niestety mój Grzegorz nie mógł tak z dnia na dzień dostać wolnego, choć nie za bardzo chciał mnie wypuścić w tę samotną podróż. Byłam zdecydowana i nawet trochę podekscytowana. Poprzednim razem nocowałyśmy z dziewczynami przy Rynku, czego nie polecam. Wieczorami było tam nawet niebezpiecznie. Tym razem wiedziałam, że to, co chcę zobaczyć, dotyczy w większości Jeżyc, a że miałam tam spędzić tylko jeden dzień, to zależało mi na noclegu właśnie na Jeżycach. I gdzie adminka się ulokowała? A no na Słowackiego, tuż obok kamienicy Cesi Żak! Strzał w dziesiątkę, po prostu wszędzie miałam blisko.

Kamienica Cesi Żak

Muszę dodać, że nie byłam w nastroju do zwiedzania. Mam chorobę lokomocyjną, więc staram się podróżować pociągiem, co lubię. Jednak byłam obolała, a dodatkowo… dostałam tragicznej alergii na twarzy na nowy krem. (Dziewczyny testujcie wszystko najpierw na mniejsze partii skóry :D) Byłam czerwona od wysypki, opuchnięta i nadąsana, widząc ciekawskie spojrzenia współtowarzyszy podróży. Dlatego zamiar był taki, że pochodzę ze dwie godziny po Jeżycach i wracam kolejnego dnia po południu. Po drugie miałam w głowie poczucie, że zwiedzanie w pojedynkę jest co najmniej dziwne. NIGDY nie wyjeżdżałam nigdzie sama, bo przecież z kim chodzić i poznawać nowe miejsca? Ze sobą?!

Do Poznania dojechałam w czwartek o 17, o 19 miałam już wizytę. Z dworca PKP miałam naprawdę blisko, triumfalnie przeszłam przez rondo Kaponiera, tuż obok Hotelu Merkury, sprawdzając, czy może ktoś nie spożywa tam pączków w nadmiarze. Nie znałam tego miasta, a czułam się w nim naprawdę swojsko. W piątek rano musiałam znaleźć aptekę i tym sposobem dotarłam na Rynek Jeżycki. Po drodze mijałam piękne kamienice, a każda z nich miała swój indywidualny urok i charakter. Niby inne, ale jednak korelowały ze sobą, pierwsze skojarzenie: to tak, jak w rodzinie Borejków. Chyba pierwszy raz w życiu chodziłam ciągle z głową zadartą do góry. Te ornamenty, płaskorzeźby i wieżyczki! A dawni architekci secesyjnej zabudowy Jeżyć wieżyczki naprawdę kochali, jest ich mnóstwo.

Rynek Jeżycki jest naprawdę uroczy. Z każdej strony chronią go dumne kamienice, a on sam w sobie ma taki mieszczański, kupiecki urok. Zdecydowanie Ida dobrze wybrała miejsce na sprzedaż gipsowych serduszek, bo kupić tam można naprawdę mnóstwo rozmaitości. To nie tylko owoce i warzywa, swoją drogą bardzo ładnie poukładane i nęcące kolorami, są też stoiska ze starymi książkami, płytami, kwiatami, ubraniami i różnej maści dodatkami. Nie pamiętam, żeby zdarzyło mi się kiedykolwiek tak dokładnie lustrować zawartość targowiska. Mój nocleg (Sleep Well) mieścił się w starej kamienicy ze skrzypiącymi schodami i wysokimi oknami. Rzadko mam okazję przebywać w takich miejscach, już nawet klamka do drzwi robiła wrażenie.

Wracając do swojego „apartamentu” na Słowackiego poszłam pod dom Cesi, na dole tej kamienicy mieści się urocza kawiarenka Cukier Puder, z pysznymi ciastami i kawą.

No i zaczęło się… Poszłam dalej ulicą Słowackiego, a później na śniadanie do wegetariańskiej restauracji Wypas (pyycha!). I wtedy doszłam do wniosku, że mogę jednak świetnie bawić się w swoim towarzystwie, a już na pewno w Poznaniu na Jeżycach. W końcu założyłam bloga o Jeżycjadzie, to niepowtarzalna okazja na szczegółowe rozeznanie w terenie! Dodatkowo moja przyjaciółka, która przeprowadziła się do Szczecina, zaproponowałam, że dojedzie do mnie nazajutrz. Jakoś tak się złożyło, że na trasie Lublin-Szczecin, to Poznań stał się naszym miejscem spotkań. 

Piątek, 22 listopada 2019 roku, to dzień historyczny w moim życiorysie! Cały dzień zwiedzałam sama Jeżyce i było wspaniale! Sporządziłam specjalną mapkę, wzięłam kilka części Jeżycjady i z lubością podążałam śladami bohaterów, skrzętnie dokumentując wszystko fotograficznie. Wcześniej przemiła pani Wiktoria z Ubera doradziła mi, jaką trasą warto pospacerować. Pierwszy taki odcinek to ulica Staszica, ażeby dotrzeć ze Słowackiego na Staszica, przeszłam ulicę Wawrzyniaka, gdzie mieści się restauracja o jakże znaczącej nazwie, Yeżyce, w której możemy liczyć na kuchnię polską z wielkopolskimi przysmakami. Jest też sporo propozycji wegetariańskich, co dla mnie było szczególnie ważne. Na Wawrzyniaka warto wstąpić również do restauracji Falla, z kuchnią bliskowschodnią (uwielbiam!), gdzie dostaniemy przepyszny hummus i falafele.

Objedzona dotarłam w końcu na ulicę Staszica, piękny i dostojny zakątek, z misternie zdobionymi wejściami do kamienic. Uliczka jest dosyć krótka, ale warto nią przejść i przyjrzeć się bliżej jej kamienicom.

Ulica Staszica

Ze Staszica wyszłam na ruchliwą i mniej atrakcyjną ulicę Dąbrowskiego, którą to znowu doszłam na Rynek Jeżycki, tym razem okrążając go nieco z innej strony. Stan zabudowy wokół niego jest w niektórych miejscach naprawdę tragiczny, a niektóre są całkiem zadbane. Miejsce kontrastów!

Gdyby ktoś potrzebował, to w tej okolicy jest kilka aptek, drogerii i sklepów z pieczywem i spożywczych. Dla mnie było to istotne, bo blisko hotelu, a słodycze i maseczka na włosy na wieczór oczywiście są zawsze mile widziane. Przy Rynku znajduje się również inne znakomite miejsce na przerwę w zwiedzaniu, cukiernia Karpicko. Dzięki niej w końcu spróbowałam rogala Świętomarcińskiego. Pycha! A poza tym mają mnóstwo pięknych łakoci, które cieszą podniebienie i oko, a sam lokal jest bardzo przyjemny. Ostatnio nawet polski Vogue pisał o tym miejscu.

Dąbrowskiego zeszłam w kierunku ulicy Mickiewicza, celowo bo jak pewnie pamiętacie, to tędy błądziła Aniela w poszukiwaniu Zacisza, a także tutaj znajdowała się kawiarnia, w której miała „randkę” z Robrojkiem.

Co do Anieli, znajdowała się ona w tym czasie na rogu Mickiewicza i Dąbrowskiego, w ciemnawej sali kawiarni „Ewa”. Siedziała przy brudnym stoliku, wdychała dym papierosowy wydmuchiwany przez kilkanaście jam ustnych naraz i patrzała w rozpromienione oblicze kolegi Roberta Rójka, który zapominając o stojącej przed nim kawie „brazylijka” całą uwagę poświęcał osobie swej wspaniałej koleżanki. Kłamczucha

Podejrzewam, że chodzi o lokal, w którym obecnie znajduje się salon depilacji, ponieważ mieści się dokładnie przy skrzyżowaniu tych ulic. Ewentualnie może chodzić o paczkarnię Pączek w maśle, znajdującą się tuż obok. Swoją drogą nęcące zapachy dopadły mnie jakieś kilkanaście metrów wcześniej. Chyba warto tam zajrzeć.

Z Mickiewicza mamy już bardzo prostą, dosłownie, trasę na Most Teatralny i Roosevelta, a po drodze mijamy Teatr Nowy im. Jana Łomnickiego, na którego deskach grała Aniela Żeromska. Oczywiście zatoczyłam spore koło, bo ze Słowackiego możemy dojść prosto na Roosevelta, ale taki był mój zamiar. Ja cofnęłam się do ulicy Mickiewicza, żeby przejść koło szpitala im. Franciszka Raszei. Po drodze mijamy lubianą poznańską restaurację o jakże wdzięcznej nazwie Modra Kuchnia. Tutaj możemy spróbować wielkopolskich klasyków w nowej odsłonie: kulebiaki, bliny, pieczyste z owocami, pyzy czy żur z chrzanem.

Wracając do szpitala, trudno przeoczyć ten wielki obiekt z czerwonej cegły. Szpital rozpoczął swą działalność w 1953 roku. Budynek szpitala zbudowany został w 1911, w okresie międzywojennym mieściła się w nim Ubezpieczalnia Społeczna. Główne wydarzenia „Czerwca 1956” miały miejsce w najbliższym sąsiedztwie szpitala. To tutaj niesiono pomoc rannym oraz konającym uczestnikom walk przy ul. Kochanowskiego. Dla upamiętnienia tych wydarzeń przy głównym wejściu do szpitala została wmurowana pamiątkowa tablica.

Gizela popatrzała na Ignacego poważnie i znacząco, a on oddał jej takie samo spojrzenie. Na pewno myśleli w tej chwili o tym samym. O rannych w szpitalu Raszei. O czołgach na ulicy Krasińskiego, na Słowackiego, Kochanowskiego i Mickiewicza. A Papież myślał o tym razem z nimi, bo właśnie mówił o pomniku Czerwca’56 i o tragicznych wydarzeniach, które były protestem przeciwko zniewalaniu serc i umysłów ludzkich. Starsi ludzie wokół płakali. Gizela zakryła twarz rękami, łokcie oparła na kolanach. Ignacy widział z góry tylko tę czystą, białą chustkę, starannie zawiązaną wokół głowy, i kawałek ogorzałego czoła. Pomyślał, że Gizela płacze, bo sam czuł w gardle kłębek wzruszenia. I gdy tak na nią spoglądał, ujrzał, że z tłumu za jej plecami wynurzył się jakiś brudny dzieciak i dotknął ramienia Gizeli. Podniosła głowę – ależ skąd! Nie płakała! – nie ona! Nic nie mówiąc, spojrzała na chłopca, oczy jej błysnęły szelmowsko. Kalamburka

Na tyłach szpitala znajduje się uliczka, będąca początkiem kłopotów Kłamczuchy, Zacisze, biegnąca równolegle do ulicy Roosevelta. U Borejków bez zmian, prawdopodobnie ich mieszkanie znajduje się po lewej stronie od frontu, obecnie znajduje się tam biuro nieruchomości. Niektórzy jednak uważają, że pewne fragmenty z Opium w Rosole, wskazują jednak na mieszkanie po prawej. Sama Małgorzata Musierowicz poleciła mi jednak pozostawienie mieszkania Borejków w świecie wyimaginowanym, w którym to jest miejsce na wszystkie fanowskie wyobrażenia. Kamienica wciąż ma owe zachwycające drzewko łączące balkony i piękne ornamenty nad drzwiami. I niezmiennie w sutenerze nadal funkcjonuje wytwórnia kołder!

Kamienica Borejków

Gabrysia ruszyła szybkim krokiem i wkrótce znalazła się przed bramą swego domu. Była to piękna, choć zaniedbana kamienica secesyjna, pod numerem piątym ulicy Roosevelta. Jej bramę otaczał szeroki stiukowy fryz z malowniczym motywem wstęgi, a kute w żelazie wielkie drzewo z rozłożystą koroną stanowiło ozdobę balkonów pierwszego i drugiego piętra. Na parterze, nad mieszczącą się w suterenie wytwórnią kołder, znajdowało się mieszkanie Borejków – zatłoczone książkami, meblami, roślinami oraz zabawkami dwóch pokoleń dziewcząt (…) Gabriela pchnęła drzwi bramy, z których dawno już wybito kobaltowe szybki; zostały zastąpione zwykłym, grubym szkłem o szlifowanych krawędziach (w których, niezależnie od pogody, lśniły zawsze ułamki tęczy). Dziecko piątku

Po sąsiedzku znajduje się kamienica profesora Dmuchawca, jednak tym razem moją uwagę zwróciła kamienica pod numerem 3, sami zobaczcie, jaka ma przepiękną płaskorzeźbę!

Zacisze

Roosevelta to naprawdę długa ulica, a nazwana została tak w 1945 roku na dowód wdzięczności za wkład tego polityka w popieranie sprawy polskiej na arenie międzynarodowej po zakończeniu działań II wojny światowej. Muszę przyznać, że o ile Roosevelta to swoiste miejsce pielgrzymek dla każdego fana Jezycjady, to ta ruchliwa i głośna ulica mnie trochę odstrasza. Nie dziwię się Borejkom, że tak chętnie stąd uciekli na wieś.

Na jej tyłach znajduje się wspomniane Zacisze, które prezentuje się tak, jak widzicie.

Po drugiej stronie ulicy widać słynną budkę z zapiekankami, Teatralka, chyba wciąż lubiana, bo przed nią zastałam kilkuosobową kolejkę. Z Roosevelta z ulgą skręciłam na Krasińskiego, gdzie mieści się kamienica pana Paszkieta i dom Elki i Grzegorza Strybów.

Znalazła go wreszcie blisko skrzyżowania z ulicą Mickiewicza. Budynek ten był dziwaczny, nieregularny, z oknami o łukowatych szczytach, wieżyczką i kilkoma wejściami. Zdeptany trawnik z dwoma niewysokimi starymi drzewami otaczał dom, oddzielając go od rozkopanej ulicy. Na chodniku piętrzyły się jakieś rury, zwały ziemi, paliki, tablice ostrzegawcze i grube kable. Alę cały wykop sprawiał wrażenie obiektu z dawna opuszczonego i nietkniętego od miesięcy ludzką ręką (…). Dom numer dziesięć wyglądał zdecydowanie odstraszająco. Na pierwszym piętrze ktoś zapalił światło – okno, osłonięte purpurową kotarą, rzuciło w mgliste powietrze pasmo krwawego blasku. Ida sierpniowa

Na mnie willa pana Paszkieta nie zrobiła takiego wrażenia, raczej przypominała niewielki zapomniany zameczek, a ogród jest już w niezłym stanie!

Willa pana Paszkieta
Willa Strybów

Naprzeciwko znajduje się dom Strybów, z rzeczywiście ciekawym balkonikiem.

A to jest twój dom? – spytał Tomek, kiedy podeszli pod numer dziewięć na Krasińskiego. – Ładny. Teraz dopiero to widzę, jak się przyglądam. Ni, to willa, ni to pałacyk. A jaki ma śmieszny balkonik! Noelka

Nie wiem jednak jak jest z domem Bitnerów, ponieważ są dwie kamienice, które mogłyby odpowiadać poniższym opisom.

Mniej więcej w połowie ulicy Krasińskiego – tej miłej, romantycznej uliczki na tyłach Roosevelta – staroświeckie wille i domy w małych ogródkach rozstępują się nagle, tworząc podjazd. Na rogu stoi nieduży różowawy dom o spadzistym dachu i wąskich oknach. Tę przybrudzoną i dziwaczną chatkę wynajmuje dla swoich pracowników teatr miejski. Józefina Bitner, aktorka, gwiazda, samotna matka dwojga dzieci, od początku była na liście przydziałów. Bez trudu otrzymała półtora pokoju z kuchnią i łazienką, na wysokim parterze. I na tym właśnie wysokim parterze upłynęły ostatnie trzy z szesnastu lat życia Bebe. Brulion Bebe B.

Dom Konrada był staroświeckim pałacykiem, z poobijanym różowawym tynkiem zdobnym w zacieki i plamy. (…) Aurelia wpatrywała się bezmyślnie w ozdobne linie dachu i balkonu. Dziecko piątku

Wydaje mi się, że chodzi o ten budynek, ale mogę się mylić.

Bardzo lubię tę uliczkę, pewnie ze względu na jej kojące działanie dla uszu, po spacerze na Roosevelta.

Przyjrzyjmy się zatem przez chwilę ulicy Krasińskiego z jej wąską jezdnią, pustymi chodnikami i zeszłowiecznymi domami, którym pewne zaniedbanie przydaje tylko szyku, nic tak bowiem nie sprzyja modernistycznym witrażykom i eklektycznym balustradkom jak upływ lat. Przestrzeń tej ulicy, jakże zmyślnie przed laty zagospodarowana, ma wdzięk
i charakter. Brulion Bebe B.

Zgadzam się!

Jeżeli zgłodniejecie, w tej okolicy to bardzo polecam restaurację Manekin na Mickiewicza, w sumie jest ich kilka w Poznaniu. Mają boskie naleśniki w wielu wariantach, a dodatkowo teraz sezonowo polecam lemoniadę na gorąco z imbirem. Pyszota! Poza tym jest to bardzo przyjemne miejsce.

Z Krasińskiego pobiegłam na Most Teatralny, który wiele razy przemierzali Kreska, Maciek i Gieniusia, a stamtąd przechodząc przez skwerek przy parku Henryka Wieniawskiego, dotarłam do Noskowskiego 2, gdzie stacjonują Mamertowie, Anielka, a później Robrojek i Bella. Tutaj też powstała kwiaciarnia Florek, jako efekt współpracy Baltony i Tomka Kowalika.

Skwer prowadzący do ulicy Noskowskiego

Skwerek, porośnięty wytartą murawą, opatrzony w piaskownice i ławeczki, otaczają z trzech stron wysokie, soczystozielone ściany ogromnych kasztanów. W głębi, za kasztanami, kryją się w ogródkach stare wille jednakowego brudnoszarego koloru, który jest mieszaniną kurzu dziesięcioleci z sadzą przejeżdżających opodal niezliczonych pociągów.
Na skwerek można zejść po kamiennych schodkach albo wyminąć narożny kiosk „Ruchu” i dostać się na żwirowaną ścieżkę. Obie te drogi byty jednak zbyt konwencjonalne jak na upodobania Anieli. Zbiegła ona z toru saneczkowego, z całym impetem przebyła długi odcinek zrudziałego trawnika i raptownie zahamowała przy samym krawężniku.
Przed nią wznosiła się nieduża piętrowa willa, której ciemny fronton urozmaicały szkarłatnymi plamami kwitnące na balkonie pelargonie. Powyżej balkonu, w otwartym oknie poddasza, suszyły się dwa niebieskie podkoszulki dziecięce, cztery pary małych skarpetek, a także nawleczone na nitkę grzyby. Kłamczucha

Noskowskiego to bardzo romantyczna alejka otoczona kasztanami. Sam dom nie jest typowo jeżycką kamienicą, nie ma żadnych zdobień. To raczej prosta i solidna bryła, ale za to z drugiej strony posiada ładny owalny balkon z kolumnami, jak w małej arystokratycznej rezydencji.

Noskowskiego 2

Z Noskowskiego mamy dosłownie parę kroków do Teatru Moniuszki, gdzie doszło do historycznego niemal incydentu:

Miecznikowi nie dane było odśpiewać swą arię do końca. Ciągnąc wysoki ton, urwał niespodziewanie i nie wyjaśnił publiczności, co mianowicie trzeba oddać na skinienie – za to osłupiałym wzrokiem zapatrzył się w pierwszy rząd, jakby widział tam – on jeden – czające się, straszliwe niebezpieczeństwo. W rzeczy samej, coś się nagle zaszamotało, kwiknęło, z kanału dla orkiestry dobył się przerażający głos męski, ryczący: – Yy, y; – muzycy zgubili ton, a Miecznik na scenie dostał napadu śmiechu. Stało się bowiem to, co stać się musiało: Genowefa wywiesiła się za balustradę i kwicząc, pomacała znienacka lodowatą rączką łysinę pana dyrygenta. Opium w rosole

Teatr robi wrażenie, jest wielki i monumentalny, a strzegą go dwie skomplikowane rzeźby. Wiodą do niego długie i strome schody, którym nie ufałabym zimową porą. Jest otoczony pięknymi, wielkimi drzewami, które podobno mają ponad sto lat!

Kiedy znikała za ciężkimi drzwiami, Maciej już forsował podnóże schodów. Ślisko było. Z obu stron posępnie przyglądały mu się wielkie kamienne postacie: tytaniczny półnagi facet w draperii na biodrach, stojący obok kamiennej lwicy – i golusieńka szara facetka, siedząca boczkiem na lwie. Oboje mieli białe śniegowe czapki, białe naramienniki i po kupce śniegu na nosie. Opium w rosole

Teatru Moniuszki

Koło opery znajduje się Tośka Cantine, która z racji położenia ma bardzo artystyczny charakter. Jest kameralnie i przytulnie, a karta to znane i sprawdzone kulinarne klasyki.

Dalej udałam się Aleją Niepodległości w lewo, w poszukiwaniu kościoła oo. Dominikanów, w którym to ślub brali Mila i Ignacy, a także ich córki. Weszłam tylko na dziedziniec, otoczony kolumnami, do którego prowadzi dwukolumnowy portyk. Nad nim znajduje się sentencja: Rege, doce, dirige et defende nos o Maria (Rządź, ucz, kieruj i broń nas, Maryjo). W podcieniach możemy zobaczyć wiele tablic upamiętniających podziemne organizacje wielkopolskie z czasu II wojny światowej, ofiary komunizmu i wybitnych poznaniakach.

Klasztor oo. Dominikanów

Niemal naprzeciwko klasztoru znajduje się pomnik Polskiego Państwa Podziemnego w Poznaniu, od razu przyciągnął moją ze względu na niebywałą konstrukcję, sprawiającą wrażenie trójwymiarowej. Warto przyjrzeć mu się uważniej.

Pomnik Polskiego Państwa Podziemnego w Poznaniu

Tuż obok pomnika zauważyłam tajemniczą posesję z jeszcze bardziej tajemniczą opuszczoną kamienicą. Jest imponująca i kompletnie zdewastowana, zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak się stało!

Tuż obok za skrzyżowaniem z ulicą Libelta widzimy park Moniuszki, w którym Cesia umówiła się na randkę z brodaczem.

Popiersie Moniuszki

Przed nią było skrzyżowanie, za którym łagodnym półkolem biegł skwerek otaczający park. Wyraźnie widać było stojące na wysokim piedestale brązowe popiersie Moniuszki, otoczone bujnie rosnącymi krzewami. Tłumiąc oddech Cesia stanęła za słupkiem ze światłami sygnalizującymi i z tego ukrycia zerknęła na drugą stronę jezdni.
Przed pomnikiem nie było nikogo. Nikogo… A więc tak. Jako kobieta nie przedstawia sobą żadnej wartości obiektywnej. Wiedziała o tym od dawna, jednak teraz doznała uczucia okrutnego zawodu. A może się po prostu spóźniła? Może był i zostawił jakąś wiadomość? A może to on się spóźni?
Tylko tego brakowało, żeby ją zobaczył, jak wypatruje go wzrokiem gorączkowym. Trzeba się jakoś ukryć. O, może za tymi krzaczkami z tyłu pomnika. Gdyby brodacz przyszedł, pozwoli mu trochę poczekać i kiedy on już na dobre zacznie się niepokoić, ona wycofa się ostrożnie na ścieżkę i wyjdzie na polankę przed pomnikiem z miną niezależną. Przebiegła jezdnię w niedozwolonym miejscu, przeskoczyła przez niski murek, przedarła się przez żywopłot i ukradkiem wskoczyła za krzaki na tyłach pomnika. Szósta klepka

Popiersie Moniuszki wciąż dumnie góruje nad parkiem, ale krzaków odpowiednich do kamuflażu nie zauważyłam.

Wróciłam tą samą trasą, Aleją Niepodległości, kierując kroki w stronę Wydziału Filologii Polskiej i Klasycznej, przy ulicy Fredry. Piękny jest to obiekt! I jak pamiętacie, to tutaj wykładała Gaba Borejko. Jednak zdaje mi się, że jest to tylko wydział dołączony do Uniwersytetu Medycznego.

Po drugiej stronie ulicy zamajaczył mi jakiś pięknie oświetlony ogród, okazało się, że to idealnie przystrzyżony mały krzaczasty labirynt, będący wstępem do dziedzińca Zamku Cesarskiego. Wieczorem jest on pięknie oświetlony, dlatego przycupnęłam na ławce w ogrodzie i spokojnie go obserwowałam. Jakże wielka to budowla! Zamek jest imponujący, a wręcz zachwycający, jednak jego powstanie i funkcjonowanie jest ściśle związane z okresem zaborów i hitlerowskiej okupacji, co jednak wpływa na jego odbieranie.

Zamek Carski

Obecnie siedzibę ma tu Centrum Kultury „Zamek” i prawdopodobnie to właśnie tutaj na seanse przychodzili Pulpecja, Roma, Tomek, Noelka i Baltona. Tutaj stworzono także Muzeum Powstania Poznańskiego – Czerwiec 1956, o którym możemy przeczytać w Kalamburce, z perspektywisty Gizeli. Tak poza tym to po drugiej stronie ulicy, tuż obok figury Adama Mickiewicza, znajduje się Pomnik Ofiar Poznańskiego Czerwca. Ruchliwe skrzyżowanie ulic Świętego Marcina i Alei Niepodległości to intensyfikacja wielkich i znaczących obiektów, z jednych przechodzimy do kolejnych, a więc szybko stanęłam przed drzwiami Filharmonii Poznańskiej.

I teraz nastał moment dla podniebienia, po tak intensywnym zwiedzaniu w naprawdę chłodnej aurze, bardzo chciałam schować się w jakimś ciepłym miejscu z pyszną kolacją. Wchodząc w ulicę Taczaka i Kościuszki naprawdę jest w czym wybierać, Ptasie Radio, Para Boo, jednak ja szukałam miejsc typowo wegetariańskich, a powiedziano mi, że na pasażu Apollo na pewno będę miała kilka takich lokali. Pasaż ów mieści się na końcu ulicy Taczaka, przy skrzyżowaniu z ulicą Ratajczaka. I rzeczywiście miałam w czym wybierać! Mamy tutaj Thai Wok Ming Wok z kuchnią azjatycką, bar z tapasami i winem, Sorir z fit słodyczami i miejsce, w którym się zatrzymałam Mixtura Vege, gdzie zjadłam tapas z humusem i pieczonymi warzywami. Bardzo polecam! A później serce kociary doprowadziło mnie prosto do Kocimiętki, cudnego miejsca z kotami w roli głównej! Macie tu dużo przestrzeni i kilka przemiłych kotów. Kawiarnia jest podzielona na dwie części, w jednej możecie usiąść na godzinę z kawą czy herbatą i poczekać cierpliwie, aż któryś z rezydentów zaszczyci Was uwagą. Natomiast w drugiej możecie siedzieć do woli, spróbowałam tam wegegołąbków, pysznej herbaty z kocimiętką i ciasta. Bardzo, ale to bardzo mi to wszystko smakowało.

Kocimiętka

Niewiele dalej, przy wyjściu z pasażu na ulicę Piekary, znajduje się cudny lokal 4 Alternatywy, do którego wróciłam kolejnego dnia. Serwują tutaj kopytka! Ale jakie kopytka! To jest poezja i ułańska fantazja kucharza. Ja spróbowałam wersji z kurkami, migdałami i pietruszką. Bosssskie! Ażeby to wszystko spalić wróciłam na Słowackiego pieszo, a mój krokomierz pobił dzienny limit chyba sześciokrotnie. Wróciłam ulicą Świętego Marcina, prosto aż do ronda Kaponiera (do 1992 roku Rondo Kopernika), czyli tuż obok kamienicy Borejków.

Rondo Kopernika to węzłowy punkt Poznania, położony na skrzyżowaniu Armii Czerwonej z Roosevelta, w sąsiedztwie hotelu „Merkury” i mostu Dworcowego, z perspektywą na stare budynki Uniwersytetu, a dalej – na Plac Mickiewicza z dwoma pomnikami: wieszcza i Poznańskiego Czerwca. Pod Rondem jest przejście podziemne wybudowane w latach siedemdziesiątych naszego stulecia. Marmurowe ściany tej imponującej inwestycji widziały już od tego Czasu wiele różnych scen, nawet historycznych. Ale nie widziały jeszcze tak pięknie ubranego Maćka Ogorzałki. Opium w rosole

Rondo to prawdopodobnie nie widziało jeszcze tak czerwonej, udekorowanej wysypką, a zarazem radosnej twarzyczki jak moja. VENI, VIDI, VICI Poznań! Nie czułam zmęczenia, chłodu, nawet bólu, biegałam jak na skrzydłach śladami Jeżycjady do późnego wieczora.

Z ronda miałam już blisko do swojego noclegu na Słowackiego. Jednak nie wybrałam najkrótszej trasy powrotnej, a zboczyłam na ulicę Mickiewicza, a dalej na Zaylanda, do Liceum Ogólnokształcącego im. K. Marcinkowskiego, w skrócie Marcinka, czyli szkoły, do której uczęszczały Borejkówny. Budynek ten powstał w 1903 roku! Z zewnątrz wygląda naprawdę imponująco i bardzo akademicko.

Liceum Ogólnokształcące im. K. Marcinkowskiego

Moja droga powrotna prowadziła dalej przez ulicę Mickiewicza w kierunku Słowackiego, gdzie na rogu mieszkała rodzina Żeromskich.

Dotarli już do końca ulicy Mickiewicza, gdzie po lewej stronie piętrzyła się narożna, wytworna kamienica z początku stulecia, zwieńczona, naturalnie, rozkoszną wieżyczką. Frontowe okna o zaokrąglonych narożnikach i łuki wnęk balkonowych ukazywały oświetlone wnętrza o sufitach z kasetonów. Ale kuzynka Tomka mieszkała na ubogim poddaszu, w pokoju wynajętym u jakiejś antypatycznej, skrzywionej paniusi. Mamrocząc, pani ta właśnie otworzyła im podniszczone drzwi i na hasło „Żeromscy” wskazała im niechętnie drogę w głąb korytarza. Po obu stronach tej typowej kamienicznej kiszki widniały drzwi o pięknych proporcjach i starannej stolarce, lecz mocno odrapane. Natomiast te wiodące do apartamentu państwa Żeromskich budziły podziw: lśniące jak słońce i żółte jak cytryna, ozdobione były wieńcem z jedliny i czerwonych bombek. Noelka

Tak też wygląda kamienica Anielki i Bernarda.

Tuż przed powrotem spokojnie przeszłam przez cała ulicą Słowackiego, a jest ona naprawdę długa. Długa i zachwycająca. Mamy tu kolejną piękne szkoły, których naprawdę im zazdroszczę, bo w Lublinie chyba jest tylko jedna taka. Jest to Szkoła Podstawowa nr 36. Tuż koło mojego noclegu znajdował się Dom Kolejarza, który naprawdę wyglądał adekwatnie do sytuacji, bo wybitnie kojarzy się mi z pociągami.

Słowackiego

Przy skrzyżowaniu z ulicą Prusa natknęłam się na bardzo miłą kawiarnię, TeksTura, która obok pysznej kawki i lunchów, organizuje różne warsztaty np. dekoracje handmade i spotkanie z kuchniami świata. Sporo jest u nich propozycji wegetariańskich ku mojej uciesze, (kluski śląskie z sosem grzybowym i kalafiorem, perfecto)! A i deserki są niczego sobie.

Całą tę trasę, wiodącą po wszystkich punktach ważnych dla Jeżycjady, choć oczywiście ominęłam jeszcze wiele z nich, pokonałam pieszo bo… tu naprawdę tutaj wszędzie jest blisko, albo architektura tak mile przenosi nas z miejsca na miejsca, że człowiek nawet nie zauważa odległości.

Mój ostatni dzień w Poznaniu spędzony był już z przyjaciółką. Na szczęście była już zwolniona z wycieczki śladami Jeżycjady, zatem poszłyśmy na Jarmark Bożonarodzeniowy i do Starego Browaru, który z jednej strony jest piękną galerią, a z drugiej tak dużą, że aż przytłaczającą. A Jarmark może był i tandetny, może i kiczowaty, ale obie poczułyśmy klimat rodem z filmu z To właśnie miłość, Kevina samego w domu i teledysku Last Christmas w jednym, dlatego gapiłyśmy się oczarowane na wszystkie światełka, budki i wielką karuzelę, z grzanym winem w ręku.

Oczywiście fakt, że siedzisz sobie o to z jedną z najbliższych ci osób na świecie (a w tym roku pykło nam już 8 lat „związku” :D), gdzieś pośrodku dzielącej nas odległości kilkuset kilometrów, tym bardziej potęgował wzruszenia i uleganie tej magii.

Chcecie wiedzieć, jak zakończył się ten piękny weekend? Otóż w gustownym apartamencie (Black Berry na Zwierzynieckiej) w jeszcze bardziej gustownych piżamkach, przy jakiejś przedziwnej komedii, która w ogóle nam się nie podobała, ale jakoś szkoda było nam ją wyłączyć, z lampką wina i zasypiając o 3 w nocy, bo nie mogłyśmy się nagadać… czyli najlepiej!!!

Mam nadzieję, że owa relacja przyda Wam się podczas jakiejś wycieczki do Poznania. I mam nadzieję, że tak jak ja, łatwo się tam odnajdziecie, odkrywając kolejne jeżycjadowe miejsca i chłonąc urok Jeżyc. Nawiązując do ostatnich trendów psychologicznych, zadbałam o swoje wewnętrzne dziecko, które niezmiennie, wciąż jest zakochane w Jeżycjadzie i Borejkach.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *