„Kłamczucha” – ekranizacja, która zachwyca wiernością i klimatem

Czy można przenieść na ekran szaleńczą energię Anieli Kowalik, nie tracąc przy tym ducha książki Małgorzaty Musierowicz? Anna Sokołowska w swojej ekranizacji z 1982 roku udowadnia, że tak – i robi to z gracją, ciepłem i autentycznością, która potrafi wzruszyć nawet dziesiątki lat po premierze.

Wierność, która robi różnicę

To, co od razu rzuca się w oczy, to szacunek do literackiego pierwowzoru. Scenariusz, powstały we współpracy samej Musierowicz z reżyserką, nie próbuje „poprawiać” książki ani dostosowywać jej na siłę do kinowych wymogów. „Kłamczucha” pozostaje sobą – nastoletnią historią o marzeniach, zakochaniu od pierwszego wejrzenia i podwójnym życiu prowadzonym z intensywnością właściwą nastolatkom. Tę wierność widać w każdej scenie, w każdym dialogu, w sposobie, w jaki bohaterowie odnoszą się do siebie.

Zwłaszcza w porównaniu z późniejszą ekranizacją „Ida sierpniowa” i „Kwiat kalafiora” (zbiorowo znaną jako „ESD”), różnica jest wyraźna. Tam coś się zgubiło w przekładzie z książki na film – może za dużo kompromisów, może nietrafionych wyborów aktorskich. „Kłamczucha” została poprowadzona zupełnie inaczej.

Aniela, która żyje

Małgorzata Wachecka w roli Anieli moim zdaniem to strzał w dziesiątkę. Owszem, pojawiają się głosy krytyczne na temat doboru aktorów, ale dla mnie ta ekspresyjna, egzaltowana, kapryśna – w najlepszym tego słowa znaczeniu – kreacja jest dokładnie tym, czego Aniela potrzebowała. Wachecka nie boi się przerysowania, a przecież Aniela to żywioł, nie postać stonowana i wyważona. Ta dziewczyna czuje wszystko na sto procent – i widać to w każdym geście aktorki, w każdym spojrzeniu pełnym dramatyzmu właściwego nastolatce, która po raz pierwszy się zakochała. Maniera wiejskiej dziewczyny Franciszki Wyrobek wychodzi jej znakomicie!

Jest w tym coś autentycznego, jakby Wachecka rzeczywiście wczuła się w szaleństwo swojej bohaterki. Patrząc na nią, wierzę w to zakochanie od pierwszego wejrzenia, w te wszystkie kłamstwa wynikające z desperacji, w tę gotowość do zostawienia całego swojego świata dla chłopaka.

Prawdziwe gwiazdy – Romcia i Tomcio

Ale prawdziwym odkryciem filmu są dzieci. Romcia i Tomcio to istne perełki – naturalni, zabawni, uroczym sposobem kradną każdą scenę, w której się pojawiają. Nie grają, oni po prostu Mamerciątkami. Bawiły osobę, która nawet książki nie czytała.

Równie trafny jest wybór Marka Wójcickiego na Robrojka. Ciepło i poczciwość tego bohatera emanują z ekranu – to postać, która mogłaby łatwo zejść na dalszy plan, ale dzięki aktorowi pozostaje w pamięci jako ktoś ważny, ktoś, komu można zaufać.

Poznań lat osiemdziesiątych – wehikuł czasu

Dla kogoś, kto spacerował po Jeżycach, kto zna te ulice, te miejsca – zobaczenie je w filmie z 1981 roku to przeżycie naprawdę wzruszające. Film kręcony był w prawdziwych lokalizacjach, nie w atrapach, nie w studiach próbujących udawać Poznań. To jest Poznań – ten z lat osiemdziesiątych, inny, a jednocześnie znajomy.

Świeżo zmodernizowany dworzec Poznań Główny, ulice Jeżyc, cała ta topografia miasta zamrożona w czasie – to coś więcej niż tylko dekoracje. To wehikuł czasu, który przenosi nas do epoki PRL-u nie przez dystans i ironię, ale przez autentyczność. Widać, jak wyglądało życie, jak ludzie się ubierali, jak wyglądały wnętrza domów, jak brzmiała muzyka – użyty do domowej potańcówki „Bananowy song” to przecież idealne uchwycenie ducha tamtych lat.

Klimat, którego nie da się podrobić

Jest w tym filmie coś niepowtarzalnego – klimat, którego współczesne produkcje nie potrafią odtworzyć, nawet gdy bardzo się starają. To nie jest kwestia budżetu czy technologii. To kwestia autentyczności. Film powstał w epoce, którą przedstawia, kręcony przez ludzi, którzy w niej żyli. Nie próbuje jej rekonstruować z perspektywy dekad – on po prostu ją pokazuje.

Stąd ta ciepła, nostalgiczna atmosfera, która owija widza jak stary sweter. Nawet naiwność niektórych rozwiązań fabularnych, absurdalność pewnych sytuacji – to wszystko działa na korzyść filmu, bo właśnie tak czytało się książkę. Musierowicz pisała historie młodzieżowe z pełną świadomością, że młodość to czas wielkich uczuć i nieproporcjonalnych reakcji.

Ekranizacja z szacunkiem

„Kłamczucha” to dowód na to, że można zekranizować książkę z szacunkiem do oryginału i jednocześnie stworzyć dobry film. Nie każda ekranizacja musi modernizować, poprawiać czy „udoskonalać” literacki pierwowzór. Czasem wystarczy zrozumieć, co czyniło książkę wyjątkową, i przenieść to na ekran z wiarą w materiał źródłowy.

Dla fanów Jeżycjady to pozycja obowiązkowa – szansa, by zobaczyć ukochaną książkę ożywioną w sposób, który nie budzi sprzeciwu, ale wzruszenie. Dla tych, którzy książki nie znają, to ciepła, młodzieżowa opowieść z PRL-u, która mimo upływu lat wciąż potrafi zachwycić swoją szczerością.

Czy film jest idealny? Nie – ma swoje wady, o których mówią krytycy. Ale ma w sobie coś, czego nie da się wymierzyć w kategoriach warsztatowych: serce. I to serce bije rytmem Jeżyc, rytmem młodości, rytmem szalonego zakochania szesnastolatki, która postanowiła zaryzykować wszystko.

Kłamczuchę można obejrzeć tutaj:


Jedna odpowiedź do „„Kłamczucha” – ekranizacja, która zachwyca wiernością i klimatem”

  1. Awatar Ola
    Ola

    Wolę książkę .

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *