Żaba majową porą – Hildegarda Schoppe i naprawianie świata

Są takie części Jeżycjady®, które czyta się z uśmiechem od pierwszej strony do ostatniej. Żaba taka nie jest. To znaczy uśmiechu też w niej nie brakuje, bo bez panicznej jazdy pani Sznytek pod prąd, bez popisów oratorskich Piotrka Żeromskiego i bez szaleństw Wolfiego trudno wyobrazić sobie szesnasty tom serii. A jednak coś tu zgrzyta. Coś nie pozwala czytać tej książki tak gładko, jak poprzednich. I to coś nazywa się Fryderyk Schoppe.

Ale po kolei. Bo zanim dojdziemy do braterskich rozliczeń, chciałabym Wam opowiedzieć o kimś, kto według mnie zasłużył w Jeżycjadzie® na osobny wpis — o Hildegardzie. O Żabie.

1 maja 2004 roku — dzień, w którym wszystko się posypało

Akcja Żaby rozgrywa się przez równo miesiąc — od 1 maja do 1 czerwca 2004 roku. Symboliczna data nie jest tu przypadkiem. Polska właśnie wkracza do Unii Europejskiej, a Hildegarda Schoppe wkracza w piętnastkę. Świat się otwiera, ona też powinna tylko że w tym samym dniu spotka ją tyle, ile niejednej osobie nie spotyka przez cały rok.

W kolejności: wpada pod samochód i ma rozcięty język (pozszywany w trzech miejscach). Wraca do domu i zastaje pożar — Wolfi zostawił włączone żelazko w jej pokoju, a wraz z nim spłonęły jej książki, zeszyty, radio po Fryderyku, wycinki o Bradzie Pittcie i — co najboleśniejsze — pamiątkowe pudełeczka z listami i bilecikami. Cały system szufladkowy Żaby, jej misternie poukładany świat obrócił się w popiół.

Ale to wszystko jeszcze nic.

Bo na kuchennym stole u Borejków, w zwyczajny majowy dzień, Hildegarda zobaczy wydruk z USG. I ułoży sobie w głowie wszystko, czego do tej pory nie chciała widzieć. Róża Pyziak jest w ciąży. Z Fryderykiem. A Fryderyka od kilku miesięcy nie ma w Polsce.

I tu się zaczyna prawdziwy kryzys urodzinowy.

Hildegarda — żeński Józinek? A może coś znacznie więcej

Czytając opinie czytelników na Lubimyczytać i innych portalach, często natrafiam na porównanie Hildegardy do Józinka. Coś w tym jest — to dwoje uporządkowanych, spokojnych, odpowiedzialnych dzieciaków, które w świecie pełnym chaosu trzymają się prostych zasad. Ale Żaba to nie jest po prostu „grzeczna dziewczynka”. Żaba to bohaterka znacznie ciekawsza, niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Po pierwsze — ta dyscyplina. Wstaje godzinę przed wszystkimi w domu, bo w pięcioosobowej rodzinie zajmującej pięćdziesiąt metrów kwadratowych łazienka jest dobrem strategicznym. W swoim czterometrowym (zmierzonym osobiście miarką krawiecką, bo dane oficjalne to w jej świecie podstawa nieufności) pokoiku trzyma idealny ład, z systemem szufladek z pudełek po zapałkach, w których chowa swoje skarby. Sentymentalne wycinki o Brad Pittcie. Bilet do Kinepolis z 3 stycznia 2004. Kłaczki wełny z rękawa Fryderyka, wyskubane na lotnisku Okęcie 4 stycznia 2004 — bo właśnie wtedy ukochany brat odleciał do Houston.

Czy to nie jest niesamowite? Piętnastolatka, która z odlotu brata zachowuje kłaczki wełny. Która wszystko mierzy, waży i opisuje. Której życie biegnie płynnie, spokojnie i bez zakłóceń, ujęte w ramy, tamy i umocnienia — bo tylko tak czuje się bezpiecznie.

Wiecie, co mi się skojarzyło, kiedy to czytałam? Że Hildegarda buduje sobie ten swój kontrolowany świat właśnie dlatego, że dom Schoppe jest jego dokładnym przeciwieństwem. Ojciec, apodyktyczny fizyk z renomowanego liceum, despotyczny, pompatyczny, niemający poczucia humoru, ślepo zapatrzony w starszego syna. Matka, dawna pianistka-wirtuoz, bezrobotna, pogrążona w żałobie po wyjeździe Fryderyka, w stałym rozstroju nerwowym, niemal niewidząca młodszej córki. Wolfi, bałagan, awantury, smażona cebula o świcie, kłótnie z ojcem nieustające od studniówki. I jeszcze powtarzane przez ojca w kółko zaklęcie: „bierz przykład z Fryderyka, bierz z Fryderyka, Fryderyk jest bez zarzutu”.

W takim domu się trzeba samemu czymś osłonić. Choćby pudełkiem od zapałek z guzikiem przyklejonym do lica.

Ale Hildegarda nie jest tylko schludnym, kontrolującym dzieckiem. Jest też nieprawdopodobnie sprawiedliwa. Ma w sobie tę borejkową wrażliwość na uczciwość, choć borejkową krew zyska dopiero po dobrych paru miesiącach (i to niejako z urzędu, jako ciotka małej Mili). Kiedy nauczycielka pani Sznytek oskarża Żabę o „zaloty” do Żeromskiego, czujemy razem z nią, że niesprawiedliwość była tak krzycząca i bezmierna, że Żaba omal nie wybuchnęła płaczem. To jest dziewczyna, która reaguje na krzywdę. Również, a może przede wszystkim, na krzywdę cudzą.

I właśnie ta wrażliwość przesądzi o całej tej książce.

Fryderyk, czyli kogo można nie lubić w piętnastej części Jeżycjady®

Mam wrażenie, że przed Żabą nikt z fanów Jeżycjady® specjalnie się nie zastanawiał, kim jest Fryderyk. Wiedzieliśmy, że to ten zdolny syn Aliny i Jana z Imienin, że został astrofizykiem, że jeździ z Różą do obserwatorium, że dostał stypendium do Houston. Nawet w Tygrysie i Róży czy Dziecku Piątku przemyka jako postać raczej pozytywna — uczeń, później naukowiec, chłopak Pyzy.

I nagle bum – Żaba. I nagle okazuje się, że Fryderyk to nie żaden szlachetny rycerz, tylko bardzo konkretne pojęcie z polskiego folkloru: świerzopa (Róża o Fryderyku: „Nie mam ochoty w żaden sposób wpływać na tego mięczaka o kamiennym sercu, na tego świerzopa.”). Człowiek, który wymiksował się ze związku w najgorszym możliwym momencie.

Bo tak, to się dzieje. Wrzesień 2003, dwutygodniowa praktyka w obserwatorium pod Toruniem. Róża i Fryderyk razem od liceum, od studiów, ale, jak twierdzi Fryderyk swoim rodzicom, „tylko jako koleżanka”. A póżniej jednak dzieje się to, co się dzieje. A potem Houston. A potem ciąża. A potem kluczowa scena, w której Fryderyk przychodzi do Róży tuż przed wyjazdem, używa wobec ich związku określenia „pułapka biologiczna” (!) i wsiada w samolot. Róża go wtedy nie chce już widzieć i zrobi z tego siłę: „Teraz mogę sobie powiedzieć, że to ja pierwsza go porzuciłam. Choć oczywiście prawda jest inna”.

Ale prawda jest taka: Fryderyk uciekł. Po prostu uciekł.

I tu czuję, że właśnie dlatego ta książka smuci. Bo my, fani serii, znamy tę historię. Już ją kiedyś czytaliśmy.

Ten sam scenariusz, inne pokolenie — cień Janusza Pyziaka

Pamiętacie Kłamczuchę? I tę pamiętną scenę, w której młodziutka Gabrysia odkrywa, że jej mąż Janusz Pyziak — przystojny, czarujący, błyskotliwy — wcale nie zamierza zostać i być ojcem? Że w gruncie rzeczy uciekł, kiedy jedno dziecko już było na świecie, a drugie w drodze i potem znikał w Australii, w Brazylii, gdziekolwiek, byle nie z nimi?

Małgorzata Musierowicz w Żabie tej paraleli nie ukrywa. Sama ją wprost w tekście podpisuje. Kiedy Ida i Gabrysia rozmawiają w kuchni o całej sprawie, w pewnym momencie pada zdanie, które musiałam sobie podkreślić ołówkiem: „Cień Janusza Pyziaka przepłynął przez kuchnię i znikł w niebycie”. I dosłownie chwilę później Ida z pełnym spektrum braku ogłady orzeka: „Pyziak charakteru nie miał, co okazał porzucając Gabrysię w ciąży”.

To jest jak echo. Jak ten sam mechanizm tylko podpięty pod inną kobietę i innego mężczyznę. Tylko że teraz Róża jest w pozycji, w której kiedyś była jej własna matka. A jej dziecko, mała Mila, ma odziedziczyć los swojej cioci Laury: być dzieckiem, które zostało porzucone, zanim się urodziło.

Pewnie dlatego i to jest jedna z najpiękniejszych myśli tej książki — Laura w Żabie powie wprost: „najbardziej na świecie bała się porzucenia. (…) okropnie ją boli to, że Mila, malutka siostrzenica, już ma tak samo”.

Janusz Pyziak nigdy w Żabie fizycznie się nie pojawia. Ale jego cień jest wszędzie. W tym, jak Gabrysia milczy, kiedy córka mówi o Fryderyku. W tym, jak Ida wpada w szał na dźwięk słowa „świerzopa”. W tym, jak Babi Mila, mimo wszystko, próbuje zrozumieć motywy Fryderyka. I nawet w finale, kiedy spojrzawszy na powracającego z Houston Fryderyka, Mila pomyśli: „Ciekawe, co się dzieje z Januszem Pyziakiem”.

Nic. Nic dobrego z nim się nie dzieje. I właśnie dlatego boimy się o Fryderyka.

Hildegarda kontra Fryderyk — czyli kto tu kogo przerósł

A teraz najważniejsza myśl, dla której w ogóle siadłam do tego tekstu.

Hildegarda Schoppe, ta mała, opanowana, piętnastoletnia dziewczynka, w Żabie zachowuje się jak osoba dorosła. I to w sensie najgłębszym z możliwych. Bo dorosłość to przecież nie jest wiek, dorosłość to gotowość do brania odpowiedzialności także za to, co popsuli inni. Także za to, co popsuł twój ukochany brat.

Pomyślcie: Żaba dowiaduje się o ciąży Róży i o ucieczce Fryderyka tego samego dnia, w który pożar zostawił ją bez własnych rzeczy. Ma piętnaście lat, pozszywany język i obtarte do żywego mięsa kolana. Co robi? Płacze w nocy, tak, bo tej hańby brata, tej zdrady, tej bezduszności po prostu nie umie udźwignąć. Wolfiemu wyrzuci wprost: „Nasz brat zachował się jak szuja”. A potem? Potem zaczyna naprawiać. Wymyśla, jak skontaktować się z Fryderykiem. Wciąga w to (bezceremonialnie i z lekką manipulacją, trzeba przyznać) Piotrka Żeromskiego. Wykrada wydruk z USG, by go zeskanować i wysłać Fryderykowi mailem — w nadziei, że obraz nienarodzonego dziecka poruszy w nim sumienie. Zakłada w jednym ze sklepów internetowych specjalny adres mailowy do_fryderyka_schoppe, dzwoni do Houston o piątej rano polskiego czasu (zapomniała o różnicy stref!), pisze przekonujące listy. Działa. Krząta się. Próbuje.

I nie robi tego, żeby ratować honor rodziny. Nie robi tego, żeby zabłysnąć. Robi to, bo jest jej wstyd za brata i bo czuje, że tak po prostu trzeba. Bo dziecko musi mieć ojca. Bo Róża nie zasłużyła na takie potraktowanie. Bo „tak musi być” — to jej ulubiony zwrot.

A Fryderyk? Fryderyk ma dwadzieścia trzy lata, doktorat na wyciągnięcie ręki, stypendium NASA, ośrodek kosmiczny w Houston i opinię „androida nieziemskiego” (nadaną mu zresztą czule przez Wolfiego). Fryderyk wyłącza telefon, nie odpowiada na maile, nie zostawia żadnego śladu, że w ogóle pamięta o tym, co zostawił w Polsce.

Kto tu jest dzieckiem, a kto dorosłym?

Wolfi, ten szalony młodszy brat w czerwonych bokserkach, w nocy po pożarze wypowie do Hildegardy zdanie, które uderzyło mnie najmocniej z całej książki: „Frycek też. Ja ci powiem, to dlatego on zwiał. Boicie się uczuć!” Wolfi diagnozuje swojego brata jako kogoś, kto ucieka, bo nie umie poradzić sobie z bliskością, z odpowiedzialnością, z prawdziwym uczuciem. A Żaba? Żaba przyznaje, że ona się też boi. Że woli „nie ryzykować”. Że jej system szufladkowy to też jest ucieczka tylko w drugą stronę.

I w tej rozmowie dzieje się coś niesamowitego: Żaba dorasta. W jedną noc, po pożarze, na tapczanie pamiętającym Fryderyka, w cichym pokoju Wolfiego, w której narastający warkot pierwszego porozumienia z drugim bratem, Hildegarda zaczyna rozumieć, że jej ukochany Frycek wcale nie był bohaterem, tylko że uciekł bo był słaby. A jej brat-bałaganiarz, Wolfi, że po prostu jest silniejszy.

To jest jeden z najpiękniej napisanych przełomów charakteru w całej Jeżycjadzie®.

Majowa aura — tło, które wcale nie jest tłem

Nie wiem, jak Wam, ale mnie się Żaba czyta inaczej niż pozostałe części serii. I długo nie umiałam dokładnie nazwać dlaczego, aż dotarło do mnie: to jest po prostu książka w pełni majowa.

Pisarka opisuje ten poznański maj 2004 roku z jakąś szczególną tęsknotą. Rozkwitają kasztanowce na Urbanowskiej (te same, które w Poznaniu są obwiązywane paskami żółtej folii, „sposób na szrotówka”, jak to celnie zauważa narrator). Przy ruderkach z pruskiego muru pęcznieją bzy. Słońce na stawie w Parku Sołackim lśni obłędnym blaskiem. Most teatralny, kasztanowa aleja, willowe ogrody przy Alei Wielkopolskiej, narcyzy, później forsycje i konwalie. Wszystko jest w rozkwicie, wszystko aż za bardzo żyje, a dramat, który się rozgrywa, dzieje się w samym środku tej obfitości.

Maj jest miesiącem podwójnym. Z jednej strony — pierwsze prawdziwe ciepło, długie dni, zachłanna zieleń, urodziny Hildegardy, pierwsze szorty wydobyte z szafy, samoopalacz w kremie, motyle w brzuchu Laury i Wolfiego całujących się na balkonie. Maj to początek. To najbardziej obiecujący miesiąc roku.

A z drugiej strony — to jest też miesiąc rozliczeń. Maj kończy się Dniem Matki (26 maja) — i to wtedy dziadek Borejko rzuci do Wolfiego ten cudowny szekspirowski cytat „Jeden z Montecchich!”, kiedy zobaczy go po raz pierwszy. To w maju Wolfi zdaje maturę, czyli oficjalnie kończy szkołę. To w maju Róża donosi ciążę, mając przed sobą tylko kilka dni do rozwiązania. To w maju Hildegarda po raz pierwszy w życiu naprawdę kłóci się z bratem. To w maju umierają w niej iluzje.

Jakie to jest świetne, że wszystkie te przemiany dziejące się w środku rozkwitającej przyrody. Bo wiosna to nie tylko narcyzy i bzy. To też cios w serce, kiedy ktoś najukochańszy okazuje się nie tym, kim go widzieliśmy. To też pożary i pozszywany język. To też ten moment, w którym jakaś dziecięca część nas musi umrzeć, żeby mogła się narodzić ta dorosła.

Zamknięcie powieści przypada na 1 czerwca 2004 — Dzień Dziecka. I dopiero wtedy, na ostatnich stronach, Fryderyk wraca. Z prezentami. Z kredytem mieszkaniowym przemyślanym w Houston. Z opowieścią o tym, że dorabiał na nocnej zmianie w restauracji na jachcie i na stacji benzynowej, żeby uzbierać forsy dla Róży i dziecka. Z wytłumaczeniem, że mailami pisał, ale że Róża nie odpowiadała, że telefon wyłączał, bo pracował po dwadzieścia dwie godziny dziennie. Hmm.

Czy to go usprawiedliwia? Pytanie do Was. W sercu Babi Mili pada wtedy zdanie, które zapadło mi w pamięć na lata: „Może mylimy się co do celów, może nie to widzimy, co ważne. Może boimy się, uciekamy i popełniamy błędy. Może się szarpiemy, nie wierzymy w siebie, wyrządzamy krzywdy. (…) Może nie to się w końcu liczy, że błądziliśmy, tylko — czy i jak ostatecznie zdołaliśmy to naprawić”.

Może i tak. Ale słowo „pułapka biologiczna” zostanie z Różą do końca życia. I myślę, że to zdanie wyjaśnia, dlaczego później, w kolejnych częściach Jeżycjady®, Fryderyk i Róża pozostaną dla nas trochę nieoczywistą parą, mimo hojnego powrotu i happy endu z Houston.

Co o Żabie mówią czytelnicy — głosy z Internetu

Ciekawe jest to, że Żaba jest jedną z bardziej spolaryzowanych części Jeżycjady®. Przejrzałam mnóstwo recenzji i opinii i znalazłam tam właściwie wszystko — od zachwytów po ostre cięcia.

Recenzentka portalu BiblioNETka pisała, że ten tom „wydaje się o wiele poważniejszy od poprzednich, nie jest tak bardzo komiczny”. Dla niej kluczowa była scena rozmowy o maturze prowadzonej przez Różę i Laurę, dyskusja u Żeromskich oraz słynny już monolog Piotrka o wzroście małżowin usznych w życiu płodowym (przyznam się, że ja też się wtedy uśmiałam do łez). Recenzentka portalu Granice doceniała natomiast ten „turpistyczny” rys, który u Musierowicz jest rzadkością — krew na asfalcie, opisy obtartego do żywego mięsa kolana, pozszywany język. Dla mnie to akurat jest spójne z ogólnym tonem książki: Żaba jest bardziej szorstka niż wcześniejsze tomy, bo i sama historia jest szorstka.

Z kolei na blogu „Przeczytałam książkę” recenzentka pisała o tym, że Musierowicz „lubuje się w pozycjonowaniu swoich bohaterów na czarno-białej osi” — Józef i Ignacy, Hildegarda i Fryderyk. I tu się trochę nie zgadzam. Bo Fryderyk Żaby nie jest dla mnie po prostu czarnym charakterem. On jest słaby. To zupełnie inna kategoria. A słaby Fryderyk przy silnej, drobnej, dyscyplinowanej, sprawiedliwej Hildegardzie, jest dla mnie jedną z najlepszych psychologicznych obserwacji Pani Małgorzaty.

W komentarzach na Lubimyczytać i Goodreads często pada za to opinia, że Żaba w sumie nie zostaje na długo w pamięci, że to jeden z lżejszych tomów, że można go pominąć. Ja się z tym zdecydowanie nie zgadzam. Gdyby nie Żaba, nie zrozumielibyśmy dynamiki Schoppów. Nie zrozumielibyśmy, jak ten dom wyglądał od środka. Nie poznalibyśmy Hildegardy — która zostanie w serii już na dobre i będzie towarzyszyć rodzinie Borejków przez kolejne tomy. I, co najważniejsze, nie poznalibyśmy całej skomplikowanej historii Wolfiego i Laury, która jest jednym z najbardziej irytująych wątków romansowych całej Jeżycjadzie®.

Kilka ciekawostek na koniec

Żaba ukazała się w 2005 roku nakładem Akapit Press. Była w tym samym roku nominowana do nagrody As Empiku oraz uhonorowana Nagrodą Edukacja XXI.

Tytułowy przydomek bohaterki nadał jej Fryderyk i to dosłownie w pierwszym dniu jej życia. Kiedy rozwinięto kocyk, w którym noworodka przywieziono z kliniki, mały Fryderyk zobaczył „rozpłaszczony brzuszek, cienkie łapki oraz podkurczone nóżki, w łysej zaś głowie rozwarł się bezzębny otwór od ucha do ucha” — i skojarzenie z żabą było, jak twierdził, natychmiastowe. Rodzina przezwisko podchwyciła i, jak czytamy, sama Hildegarda prawdę mówiąc — tak wolała. Imię Hildegarda dostała na cześć Hildegardy von Bingen — średniowiecznej zakonnicy, mistyczki, kompozytorki i pisarki, bo mama Schoppe była fanką jej muzyki. Nawiasem mówiąc, w szkole jedyną osobą, która używa tego pełnego imienia, jest pani Aurelia Bitner. A Piotrek Żeromski (oczywiście!) wymyśla całą serię przezwisk: „Hil-degaardo”, „Hiltetatlo”, a nawet „dziewczyno z przedziurkowanym języczkiem”.

Akcja powieści rozgrywa się oczywiście w Poznaniu, ale uwagę zwraca to, jak dokładnie Pani Małgorzata wpisuje fabułę w realia 2004 roku. Poza wspomnianym wejściem do UE pojawia się gdzieś w tle rozdmuchany przez media szrotówek kasztanowcowiaczek (stąd te paski folii na drzewach), pierwsze fundusze inwestycyjne (Wolfi z dumą lokuje w nich oszczędności), ekspansja sieci McDonald’s, a małej Łusi udaje się obejrzeć kuchnię McDonalda jak coś najbardziej egzotycznego pod słońcem. Jest też wzmianka o popularnym wtedy zespole Sistars i o Papa Roach. Mała kapsuła czasu.

Po co wracać do Żaby

Bo to jest, według mnie, jedna z najciekawszych części Jeżycjady®. Bo psychologicznie — Hildegarda jest jedną z najpełniej rozrysowanych nastolatek. Bo dyskretnie, ale wyraźnie pokazuje, że historia ma swoje pętle, że pewne mechanizmy potrafią się powtarzać przez pokolenia, i że to tylko od nas zależy, czy umiemy je dostrzec i przerwać.

I dlatego, kiedy ktoś mnie pyta, czy w Jeżycjadzie® można kogoś naprawdę nie lubić — zawsze odpowiadam: tak, można. Można nie lubić Fryderyka Schoppe z Żaby. To naprawdę jest w porządku.

A Hildegardę? Hildegardę warto kochać. Bo jest mała, drobna, w okularach, pozszywana w trzech miejscach na języku, a kiedy świat się sypie, to ona właśnie staje na nogach pierwsza i zaczyna sprzątać.

I to jest, doprawdy, najpiękniejsza definicja dorosłości, jaką znam.


Cytaty pochodzą z powieści „Żaba” Małgorzaty Musierowicz.

Książkę w promocyjnej cenie można kupić na stronie Wydawnictwa Labreto, czyli tutaj.

A z kodem Jezycjada_10 dostajecie dodatkowe 10% zniżki 🙂


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *