Wychowałam się z Harrym Potterem. Pierwsze książki czytałam w podstawówce, potem filmy, potem kolejne czytanie, potem audiobooki w słuchawkach podczas długich spacerów. Mam dziś 37 lat i mogę śmiało powiedzieć: ta seria jest wdrukowana w moją tożsamość. Dlatego kiedy HBO ogłosiło serial, poczułam dokładnie to samo, co chyba każda i każdy z nas — mieszaninę podniecenia, niepokoju i tej specyficznej czułości, którą odczuwamy, gdy ktoś sięga po coś, co kochamy.
Zanim zdążyło się zacząć — kontrowersje
Serial HBO jeszcze nie miał tytułu ekranowego, a już zdążył podzielić fanów. I to mocno.
Producentką wykonawczą serialu jest J.K. Rowling, która czuwa nad wiernością adaptacji, konsultuje scenariusz i miała wpływ na dobór aktorów. W ostatnich latach autorka wielokrotnie spotykała się z krytyką za swoje wypowiedzi dotyczące płci — wiele osób, w tym gwiazdy filmowych adaptacji Daniel Radcliffe i Emma Watson, zarzucało jej transfobię. To napięcie nie zniknęło z chwilą ogłoszenia produkcji — wróciło ze zdwojoną siłą. Część fanów zadeklarowała bojkot, inni uznali, że można rozdzielić autorkę od dzieła. To rozmowa, która toczy się w fandomie od lat i pewnie długo się nie skończy.
Do tego doszły kontrowersje obsadowe. Najbardziej zaskakującym wyborem okazała się rola Severusa Snape’a — zagra go Paapa Essiedu, znany z serialu I May Destroy You. W książkach Snape opisywany był jako blady, o ziemistej cerze, co dla wielu fanów stanowiło istotę jego mrocznego wizerunku. Sam aktor spotkał się z groźbami śmierci. Groźby śmierci. Wobec aktora, który dostał rolę w serialu. Naprawdę musimy porozmawiać o tym, jak reagujemy na casting.
John Lithgow, wcielający się w Albusa Dumbledore’a, rozważał nawet rezygnację z udziału z powodu nieprzychylnych komentarzy po ogłoszeniu jego angażu. Na szczęście tego nie zrobił — bo na pierwszych zdjęciach wygląda absolutnie cudownie.
A swoją drogą — ciekawostka dla fanów oryginalnej sagi: Gary Oldman, czyli Syriusz Black z filmów, przyznał wprost, że chętnie sięgnąłby po rolę Dumbledore’a, bo jest w idealnym wieku: „Jestem naprawdę zaintrygowany serialem, bo tak wiele wątków z książek zostało wyciętych.” Nie dostał tej roli — ale to, co powiedział, pięknie podsumowuje to, czego wszyscy od tej produkcji oczekujemy.
Hermiona i granice fandomu
Osobnym rozdziałem jest Hermiona. Arabella Stanton już po ogłoszeniu angażu wywołała lawinę komentarzy, głównie ze względu na różnice względem wizerunku postaci znane z filmów i książek.
I tu chcę powiedzieć wprost: krytykowanie wyglądu dziecka, które dopiero zaczyna swoją aktorską przygodę, jest po prostu nieakceptowalne. Możemy dyskutować o koncepcjach artystycznych, możemy mieć wątpliwości wobec decyzji twórców — ale atakowanie kilkunastolatki za to, jak wygląda? Nie.
Poza tym — czy ktoś w tej debacie pamiętał o tym, jak Hermiona jest opisana w książkach? Kędzierzawe, puszące się włosy, wydatne zęby (przynajmniej na początku), bystra, niedbająca o zewnętrzne piękno. Emma Watson była piękną aktorką, ale Hermiona z książek to nie był ideał urody rodem z okładki. Może właśnie teraz mamy szansę zobaczyć ją bliżej oryginału?
Ekipa, która budzi zaufanie
Na chwilę odejdźmy od emocji i przyjrzyjmy się faktom — bo jest kilka rzeczy, które autentycznie mnie uspokajają.
Główną twórczynią serialu jest Francesca Gardiner, współautorka sukcesu między innymi Sukcesji oraz Obsesji Eve. Za reżyserię dużej liczby odcinków odpowiedzialny jest Mark Mylod, również współtwórca Sukcesji. To nie są ludzie, którzy boją się pogłębionej psychologii postaci ani mroczniejszego tonu. Bardzo mnie to cieszy.
Ścieżkę dźwiękową skomponuje Hans Zimmer we współpracy z firmą muzyczną Bleeding Fingers Music. Hans Zimmer. Człowiek od Lwa Króla, Interstellar, Diuny. Brzmieniowo ten serial może być absolutnie wyjątkowy — choć oczywiście John Williams i jego motyw przewodni to legenda, której nie da się pobić. Tu emocje mieszają mi się z nostalgią.
I jeszcze jedna perełka dla zapalonych fanów: Warwick Davis powraca w roli profesora Flitwicka — jako jedyny aktor z oryginalnej obsady filmowej przenosi się bezpośrednio do serialu. Coś pięknego w tym geście ciągłości.
A Ralph Fiennes, mający już swoje w tej serii, udzielił nowym aktorom praktycznej rady: „Upewnijcie się, że poradzicie sobie z długimi, powłóczystymi szatami i nie będziecie się o nie potykać. Ćwiczcie chód w szatach.” Mistrz klasy w stylu Hogwartu.
Kulisy magii, czyli dlaczego płakałam zanim serial w ogóle zaczął
5 kwietnia na HBO Max ukazał się specjalny program Harry Potter: Kulisy magii (ang. Finding Harry: The Craft Behind the Magic). Dokument ukazuje kulisy powstawania pierwszego sezonu — rozmowy z zespołami odpowiedzialnymi za casting, scenografię, kostiumy i efekty specjalne, a także kulisy poszukiwań nowych odtwórców ról Harry’ego, Rona i Hermiony. Narratorem jest Nick Frost, a w programie pojawiają się między innymi John Lithgow, Janet McTeer i Paapa Essiedu.
Obejrzałam. I byłam rozbita.
Materiał podkreśla, jak ważne było dla twórców, aby każde miejsce było namacalne — prawdziwi artyści, tworzący prawdziwą magię na planie zdjęciowym. I to właśnie widać w każdym ujęciu. Wiedziałam oczywiście, że za serialem stoi ogromna produkcja, ale to, co zobaczyłam, przeszło moje oczekiwania.
Ręcznie malowane szaty czarodziejów. Każda z nich osobna, unikatowa, z własną historią wyczuwalną w tkaninie. Animatronika, która sprawia, że magiczne stworzenia oddychają i mrugają oczami. I efekty specjalne — zaklęcia tylnowybuchowe wyglądają tak realistycznie, że przez chwilę zapomniałam, że patrzę na plan filmowy, nie na prawdziwy magiczny pojedynek. Film od razu stał się numerem 1 na HBO Max aż w 24 krajach. I szczerze — nic dziwnego.
To był dla mnie moment, w którym przestałam się martwić. Ludzie pracujący przy tym serialu kochają to, co robią. To słychać, widać i czuć w każdym detalu.
Siedem sezonów i wreszcie — Irytek!
Poszczególne sezony nowej ekranizacji mają odpowiadać kolejnym tomom książkowym, co zapowiada około 7–10 lat z Harrym Potterem. Pierwszy sezon liczy aż osiem odcinków poświęconych wyłącznie Kamieniowi Filozoficznemu — to przestrzeń, której filmy nigdy nie miały.
I właśnie tu zaczyna się moje prawdziwa ekscytacja. Pamiętacie, jak w filmie z 2001 roku po prostu… nie było Irytka? Jeden z moich ulubionych bohaterów — szelmowski duszek, który nie chciał być zwykłym hogwardzkim duchem — wylądował na podłodze sali montażowej. Elastyczność serialowego formatu sprawia, że Irytek wreszcie ma szansę zaistnieć na ekranie w pełni swojej szelmowskiej chwały.
Sama myśl o tym sprawia mi radość. I nie tylko Irytek — to też szansa na więcej historii z życia Harry’ego przed Hogwartem. Na Privet Drive, na Dudleya, na to dzieciństwo, które w filmach było ledwo zarysowane. Na wszystkie te małe, ważne momenty, które budowały naszą miłość do bohatera — a które nigdy nie mogły zmieścić się w dwugodzinnym filmie.
Ten zwiastun naprawdę mnie poruszył
25 marca HBO udostępniło pierwszy, dwuminutowy materiał promujący serial. Wśród reakcji przewijała się nostalgiczna radość, połączona z podekscytowaniem drobnymi detalami z Kamienia Filozoficznego, które nie pojawiły się w pierwszym filmie. Wielu użytkowników pisało, że trailer wywołał u nich ciarki, a nawet łzy. W ciągu pierwszych 48 godzin zwiastun wyświetlono 277 milionów razy, ustanawiając rekord najlepiej oglądanego materiału w historii HBO i HBO Max.
Zaliczam się do tej grupy — i tych ze łzami też.
Ale najbardziej zatrzymałam się przy jednej scenie. Harry siedzi w Hogwart Express i przez szybę pociągu patrzy, jak Molly Weasley przytula Rona. I w tym jednym spojrzeniu Dominic McLaughlin mówi wszystko — tęsknotę za czymś, czego nigdy nie miał, ciepło i ból równocześnie, tę specyficzną samotność chłopca, który dorasta w miejscu, gdzie nikt go nie przytula. W jednym spojrzeniu. Ma jedenaście lat i jest TYM chłopcem.
Warto przy okazji wiedzieć, że Dominic McLaughlin w ubiegłym roku wystąpił w przedstawieniu teatralnym Makbet z Ralphem Fiennesem — czyli filmowym Voldemortem. Zanim stał się Harrym, grał już w jednej przestrzeni z człowiekiem, który go w tej roli będzie prześladować. Los ma poczucie humoru.
Nastrój całego trailera wydaje mi się ciemniejszy, poważniejszy — bardziej skierowany do dorosłego widza, który wyrósł razem z Harrym, niż do dzieci szukających magicznej przygody. I bardzo mi to odpowiada.
Casting, który daje nadzieję — i jedna rodzina, która ją potwierdza
Jest coś, o czym mówi się za mało, a co uważam za jeden z największych atutów całego projektu: aktorzy odpowiadają wiekowo bohaterom z książek. W filmach musieliśmy to przełknąć — jedenastoletni Harry grany przez Daniela Radcliffe’a, ale Dumbledore w wykonaniu Richarda Harrisa liczył sobie prawie siedemdziesiąt lat, a Molly Weasley była znacznie starsza od tej ciepłej, zmęczonej życiem mamy gromadki rudowłosych dzieci, którą znamy z kart powieści. Serial wreszcie daje nam bohaterów we właściwym wieku — i to widać. To zmienia optykę całej historii.
Spośród ponad 40 tysięcy kandydatów wyłoniono Dominica McLaughlina jako Harry’ego, Arabellę Stanton jako Hermionę i Alastaira Stouta jako Rona. Towarzyszą im Lox Pratt jako Draco Malfoy, Rory Wilmot jako Neville Longbottom, Louise Brealey jako Madam Hooch, Paul Whitehouse jako Argus Filch, Luke Thallon jako profesor Quirrell, Anton Lesser jako Ollivander oraz Johnny Flynn jako Lucjusz Malfoy.
Ale — i tu muszę się przyznać — moim absolutnym faworytem w całym castingu jest rodzina Weasleyów. Katherine Parkinson wciela się w Molly Weasley, Gracie Cochrane zagra Ginny, a Freda i George’a zagrają Tristan i Gabriel Harland — prawdziwi bliźniacy. Prawdziwi bliźniacy jako Fred i George! Ktoś tam naprawdę myślał, ktoś naprawdę czytał książki.
Katherine Parkinson jako Molly to dla mnie strzał w dziesiątkę. Ta aktorka potrafi budować postaci ciepłe i autentyczne, pełne życia i małych ludzkich niedoskonałości — a właśnie taka jest Molly Weasley. Nie idealna matka z plakatu, ale kobieta, która kocha z całej siły, martwi się zbyt głośno i rozrzuca miłość jak okruszki chleba po całym domu przy Norze. Kiedy zobaczyłam ją w trailerze przytulającą Rona — a potem spojrzenie Harry’ego — poczułam, że ta produkcja rozumie, o czym tak naprawdę jest ta historia. Nie tylko o magii. O tym, żeby mieć do kogo wracać.
Otwarta głowa, otwarte serce
Wiem, że wielu z Was — tak jak ja przez chwilę — czuje opór. Bo filmy są nasze. Bo Radcliffe jest Harrym, Watson jest Hermioną i tak będzie zawsze. I ja to rozumiem. Naprawdę.
Ale pamiętam też, jak bardzo kochałam każde nowe czytanie, bo za każdym razem odkrywałam coś innego. Serial nie zabiera nam filmów. Nie wymazuje wspomnień. Może jednak dać nam coś, czego długo nam brakowało — wierność wobec książek, których filmy nigdy do końca oddać nie potrafiły.
Podejdźmy do tego z otwartą głową. Niech Dominic McLaughlin pokaże nam, co ma do powiedzenia. Niech Arabella Stanton udowodni, że jest Hermioną. Niech Katherine Parkinson skroi nam Molly, przy której będziemy płakać. I niech Irytek w końcu dostanie swoją scenę.
Harry wraca do domu. Ja będę oglądać.
Premiera serialu „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” zaplanowana jest na HBO Max na Boże Narodzenie 2026 roku. Program „Harry Potter: Kulisy magii” jest już dostępny na platformie.









Dodaj komentarz