Zwiedzając Jeżyce!

No więc stało się. W ramach świętowania 30. urodzin pojechałam z przyjaciółkami na weekend do Poznania, w którym nigdy nie byłam, a jak wiecie, ciągle o nim piszę. I to było naprawdę ważne przeżycie w życiu fanki Jeżycjady.

Miałam przygotowany plan, zapisane wszystkie miejsca z serii, które chciałabym zobaczyć na żywo. Jakieś dwie godziny po przyjeździe, po niemal 6-godzinnej podróży z Lublina, nogi niemal same poniosły mnie na Roosevelta. Oczywiście najpierw zaplanowałyśmy sobie wstępne rozeznanie terenu na Rynku, luźne popołudnie przeznaczone na odpoczynek po trasie. A wyszło odrobinę inaczej.

Zatrzymałyśmy się w pobliżu Rynku, dlatego tam udałyśmy się najpierw. Zresztą każdy szanujący się turysta od tego chyba rozpoczyna zwiedzanie. Poznański Rynek oczywiście ma swoje miejsce w fabule Jeżycjady.

Natalia przeszła niezdecydowanie koło Ratusza, wlepiając niewidzące spojrzenie w kolorowe parasole, wystawione przed kawiarenką Arezzo. Zwolniła. Zawahała się przy białych krzesełkach, po czym bezmyślnie przysiadła na jednym z nich. (…) Wyszła na środek Starego Rynku, zamknęła oczy, okręciła się kilka razy – poszła przed siebie, w kierunku akurat przeciwnym niż ten, gdzie była Fara. (Córka Robrojka)

Kolorowe kamieniczki są naprawdę urokliwe, to był miły wstęp do naszej wycieczki. Dalej poszłyśmy w kierunku Placu Wolności, który był opisywany w Kalamburce. W stronę placu Wolności maszerowały załogi prawobrzeżnego Poznania, które opuściły swoje zakłady podczas Poznańskiego Czerwca 56. Przy Placu Wolności mieści się również Biblioteka Raczyńskich, w której pracował Ignacy Borejko.

Nawet nie wiem, kiedy wyprowadziłam nas z Rynku w kierunku Jeżyc. Wiele lat zaczytywania się Jeżycjadą zrobiły swoje. Miałam swoje wyobrażenia o tej zdobionej kamienicy, w której rozgrywa się najważniejsze. Pierwsze „bum” to przejście przez Most Teatralny. TEN Most Teatralny, o którym tak często pani Musierowicz pisała.

Most góruje nad dziesiątkiem torów kolejowych. Nie jeżdżą po nim samochody, jest przeznaczony dla ruchu pieszego, rowerowego i tramwajowego. Na jego końcu zieleni się mały park, zwany Teatralką. Tędy biegali pospiesznie bohaterowie cyklu, pokonując trasę między swoimi domami, a miejscami spotkań. Natomiast:

Od ulicy Fredry zbiega ku Teatralce bardzo stromy trawnik (…). Skwerek, porośnięty wytartą murawą, opatrzony w piaskownice i ławeczki, otaczają z trzech stron soczystozielone ściany ogromnych kasztanów.

Nieopodal Teatralki znajduje się Teatr Wielki, czyli Opera Poznańska. Znacie go z Opium w rosole. To tutaj odbył się koncert, podczas którego Gieniusia przez balustradę pogłaskała znienacka lodowatą rączką łysinę pana dyrygenta. Niezmiennie wciąż mnie ta scena bawi.

Maciek już forsował podnóże schodów. Ślisko było. Z obu stron posępnie przyglądały mu się wielkie kamienne postacie: tytaniczny półnagi facet w draperii na biodrach, stojący obok kamiennej lwicy – i golusieńka szara facetka, siedząca boczkiem na lwie.

Potwierdzam, wciąż oboje tam siedzą i lustrują przechodniów kamiennym i ironicznym spojrzeniem.

Na Roosevelta dotarłyśmy około godziny 18, czyli tak zwanego fotograficznego golden hour. Upał nieco zelżał, słońce osiągnęło piękny złotawy odcień, tak jakby z ulgą szykowało się do snu po ciężkim dniu. Moja przyjaciółka, zawodowy fotograf skrzętnie to wszystko dokumentowała. Wejście na ulicę Roosevelta było dla mnie jak upragniony deserek. Prawie biegłam i tłumaczyłam wszystko swojej przyjaciółce, która Jeżycjady (jeszcze) nie czytała. Nagranie z tego momentu ciągle mnie śmieszy. 30-letnia, w miarę poważna kobieta, podskakuje z radości na widok kamienicy. No cóż, trzeba podobno zawsze zachować w sobie odrobinę dziecka.

Z jednej strony ta magiczna tabliczka Roosevelta 5 była dla mnie naprawdę wzruszającym momentem. Z drugiej, po chwili przyszła odrobina refleksji, że jednak moja czytelnicza wyobraźnia stworzyła sobie w główce nieco inny obraz borejkowego królestwa. Choć w sumie opisy nie obiecywały mi cudu architektonicznego:

Gabrysia ruszyła szybkim krokiem i wkrótce znalazła się przed bramą swego domu. Była to piękna, choć zaniedbana kamienica secesyjna, pod numerem piątym ulicy Roosevelta. Jej bramę otaczał szeroki stiukowy fryz z malowniczym motywem wstęgi, a kute w żelazie wielkie drzewo z rozłożystą koroną stanowiło ozdobę balkonów pierwszego i drugiego piętra. Na parterze, nad mieszczącą się w suterenie wytwórnią kołder, znajdowało się mieszkanie Borejków – zatłoczone książkami, meblami, roślinami oraz zabawkami dwóch pokoleń dziewcząt (…) Gabriela pchnęła drzwi bramy, z których dawno już wybito kobaltowe szybki; zostały zastąpione zwykłym, grubym szkłem o szlifowanych krawędziach (w których, niezależnie od pogody, lśniły zawsze ułamki tęczy).

Zabytkowa kamienica, ze słynnymi ornamentami i charakterystycznym stalowym drzewem przez dwa piętra, w czasach swojej świetności na pewno była zachwycająca. Zresztą wciąż ma wiele uroku, tylko jest po prostu zaniedbana. Czas obszedł się z nią dosyć surowo, a szczególnie element młodociany, który pozostawił po sobie niezrozumiałe, a na pewno nie ładne, graffiti. Wszystkie jednomyślnie stwierdziłyśmy, że powinien tu powstać pewien produkt lokalny i dobro narodowe: Muzeum Jeżycjady.

Tuż pod drzwiami Borejków przebiega szeroka ulica z głośnymi tramwajami. Jest głośno i duszno. Ale to nic! Jestem z tych czytelników, którzy nie mają nawet za złe, ze Jeżycjada z czasem stała się nieco bardziej hermetyczna i archaiczna. Cieszę się, że wciąż mam możliwość zaglądania do tego świata. A więc przeprosiłam kamienicę na Roosevelta 5 za chwilowy brak uczuć i z sentymentem zrobiłam jej zdjęcie. No dobrze, tysiąc zdjęć. A moja przyjaciółka, Edyta, zrobiła zdjęcia, gdy robiłam zdjęcia. Jest to materiał dokumentalny i komiczny jednocześnie. Smaczkiem owej sytuacji był pewien chłopiec i nie chodzi tu bynajmniej o porywy serca. Podczas mojego pozowania pod drzwiami, stał sobie i najspokojniej w świecie lustrował zawartość telefonu. A że sytuacja trochę się przedłużała, bo mało która kobieta jest zadowolona ze swych zdjęć, to chłopiec tam trochę postał. W sumie to nie zwracałyśmy na niego uwagi, bo wyglądał tak, jakby na kogoś czekał. Czekał, ale na to, aż skończymy, po czym uśmiechnął się i wydobył klucze, którymi otworzył drzwi. Może to Ziutek Pałys? A może Jędrek Rojek? A może Karolek Schoppe? Tego nie wiem, ale na pewno przywykł do ciągłych wycieczek pod ten adres. Niestety nie wprosiłyśmy się na obiadek.

Obok, po sąsiedzku, mieści się kamienica, w której mieszkał profesor Dmuchawiec, a po nim Kreska i Maciek, z córeczkami. Tu też przychodziła Geniusia na obiadek.

Willa Pana Paszkieta

Dalej udałyśmy się w głąb kolejnej, przylegającej do Roosevelta uliczki, Krasińskiego. Byłam naprawdę zaskoczona, że dosłownie zaledwie parę kroków dalej mieści się willa pana Paszkieta. Idusia miała naprawdę blisko do pracy. I to miejsce zdecydowanie jest takie, jak sobie wyobrażałam. Niby tak blisko, a atmosfera jest zupełnie inna. Nawet moje przyjaciółki poczuły tę zmianę klimatu. Jest tam bardzo zielono, cicho i jakoś tak dystyngowanie. Upatrzyłyśmy już sobie tam willę, którą kupimy na emeryturze. A Wracając do domu pana Paszkieta, wydaje mi się, że zlokalizowałam okienko w pokoju Krzysia i wciąż nie pojmuję, jak Ida tam się wdrapała. No właśnie, ciągle opowiadałam o tym wszystkich w kategoriach prawdy historycznej. Takie tam zboczenie fanowskie. Osiągnęłam także sukces pedagogiczny, po wielu upomnieniach w końcu obie moje towarzyszki przestały mówić: pan Paszczak czy pan Pasztet.

Na ulicy Krasińskiego mieści się również dom Strybów. „Ni to willa, ni to pałacyk” jak powiedział Tomek Kowalik, przyciąga spojrzenia przechodniów – niebanalna konstrukcja i przeuroczy balkonik.

Lata mijają, ustroje padają, zmienia się władza i zmieniają się obyczaje – a ulica Krasińskiego nie reaguje na te zmiany zupełnie. Może dlatego, że nie ma tu niechlujnych parkanów, które można by oklejać warstwami plakatów wyborczych „Siła spokoju”, czy „Głosuj na listę 32”. Nie ma tu też kamienic, którym można by wmontować w parter witryny sklepowe. Nie byłoby, zresztą, po co. Uliczka jest mało ruchliwa. Dziwaczne domki i wille, urocze pałacyki, oddzielone są od chodnika ogródkami. Wycofane, tajemnicze, nie stroją do przechodnia zachęcających min. Przeciwnie, może go nawet odrobinę onieśmielają. Toteż w czasie gdy pobliska ulica Dąbrowskiego (już nie Jarosława a Henryka) przeżywała paroksyzmy prywatyzacji, zaś dolne partie jej kamienic obrastały we wciąż nowe okna wystawowe, sklepy, szyldy, magazyny, reklamy, a nawet zwierciadła – przy ulicy Krasińskiego otynkowano na nowo zaledwie jeden dom, ten pod dziesiątką. W piwnicy pod dwójką, tuż przy narożniku Roosevelta, powstał mały zakład naprawy lodówek. I tyle. Nic więc dziwnego, że ulica Krasińskiego niezmiennie tchnie atmosferą tajemnicy. Zwłaszcza w dni deszczowe.(…) – A, to jest twój dom? – spytał Tomek, kiedy podeszli pod numer dziewięć na Krasińskiego. – Ładny. Teraz dopiero widzę, jak się przyglądam. Ni to willa, ni to pałacyk. A jaki ma śmieszny balkonik! Z balkoniku właśnie wyglądał pan Maciołka. Omal szyi nie złamał, wyzierając zza balkonowych drzwi.

Pana Maciołki nie widziałyśmy, ale zdaje się, że reszta pozostała bez zmian.

Ulica Krasińskiego mieści się na tyłach Teatru Nowego, prostopadle do ulicy Roosevelta. A jak wiecie tu występowała wielka gwiazda Józefina Bitner i przyszła gwiazda Aniela Kowalik Żeromska. Teatr Nowy to niejako brama do Jeżyc. Jeżyc niewątpliwie urokliwych i pełnych oryginalnych kamienic.

Teatr Nowy

Jeżeli chodzi o mnie, to mogłabym po Jeżycach chodzić przez całe trzy dni, ale wzięłam jednak pod uwagę życzenia moich przyjaciółek. Zwiedziłyśmy wzdłuż i wszerz Rynek, a później ku mojej uciesze, udałyśmy się do Palmiarni. Co prawda z tego, co pamiętam, odbyła się tu tylko jedna scena, randki Pulpecji z Jackiem, ale i tak warto było. Palmiarnia jest ogromna, to prawdziwa miejska dżungla. No i bardzo ciekawe miejsce do zdjęć, ze stuletnią historią w tle.

Mieści się tu też bardzo przyjemna kawiarnia, dzięki ci o losie za mrożoną kawę, bardzo polecam! Z racji upału spędziłyśmy tu kilka sennych godzin, a później szybko udałyśmy się nad jezioro Malta, o którym możemy przeczytać w Córce Robrojka:

Malta

Nieduże i niezbyt ładne, bo otoczone łysawymi, płaskimi łączkami, jezioro Malta leżało u stóp narciarskiej trasy zjazdowej z plastykowym podłożem i wyciągiem krzesełkowym. Pełno tu było betonowych pawilonów, najróżniejszych budynków gastronomicznych i budek. Wokół rozpościerały się parkingi, przecięte jezdnią ulicy Majakowskiego. Bella i jej ojciec przyjechali tutaj z nadzieją, że da się popływać (dzień był wyjątkowo parny i duszny), ale nagle okazało się, że wieczory nad Maltą, w lipcu, ściągają nie miłośników sportu, lecz teatromanów. Trwał festiwal „Off-Malta” i nadspodziewanie wielkie tłumy fanów teatru otwartego przelewały się po asfaltowych ścieżkach. Bella szła z tatą pośród kiosków i smażalni, wzdłuż południowe brzegu jeziora. Zafundowali sobie po torebce popcornu z soi i teraz żałowali, bo im się chciało pić, a palce mieli tłuste.

Wydaje mi się, że od 1996 roku sporo się tu zmieniło. Zieleni jest całkiem sporo, a pawilony chyba przeszły metamorfozę.

Kolejnego dnia wróciłyśmy na Jeżyce, prosto do kamienicy Cesi Żak, przy Słowackiego 18. I tu również było zaskoczenie. Kamienica jest tak ładnie odnowiona, że aż miło popatrzeć, choć nie jest już żółta, a beżowa. A jaka romantyczna! Zachowała się i kultowa wieżyczka i wysokie drzewo. Balkony nie noszą śladów po pożarze Bobcia Nerona.

Oto podchodzili już do bramy żółtej kamienicy z wieżyczką, osłoniętej wielkim, starym drzewem. Dom, miły i zaciszny, nosił nad bramą datę budowy: 1911. 

To miejsce, w którym Jeżycjada ma swój początek. Rzekomo to tu, na pierwszym piętrze budynku, mieszkała sama Małgorzata Musierowicz. Tu również zakwaterowała rodzinę Żaków, bohaterów pierwszego tomu, czyli Szóstej klepki. Ogólnie to bardzo ładna, zaciszna uliczka.

Słowackiego 18
Noskowskiego 2

Zgadnijcie, gdzie udałyśmy się dalej? No oczywiście, że do Mamertów na Noskowskiego 2! Tyle się tu wydarzyło… W tym małym okienku na poddaszu przesiadywała Aniela zakochana w Pawełku, a po niej Bella. Pod drzwi tej kamienicy zawitał Przeszczep z naręczami róż. Także tutaj Patrycja zauroczyła się Baltoną, a Elka poznała Tomka. To tutaj Natalia biegła prosto w ramiona Robrojka. Tu także wspomniany Baltona założył razem z Tomkiem kwiaciarnię Florek, w której sprzedawali trzy rodzaje bukietów: barokowe, rokokowe i rockowe (te ostatnie z paskami blue jeansu zamiast wstążeczek). Przyznam, że willa jest niepozorna, szarawa, ale to również nieistotne. Serce czytelnicze jest wierne i wie, że trzeba sięgać głębiej niż fasada.

Naprawdę rozumiem wybór Pani Małgorzaty, Jeżyce są szalenie literackie, nie tylko przez nazwy ulic. Każda z tutejszych kamienic zdaje się być osobną historią, a wspólnie tworzą niepowtarzalny charakter tej części miasta. Można tu spacerować i spacerować! Secesja, secesja i jeszcze raz secesja. Nawet moje przyjaciółki to odczuły, a ich znajomość fabuły jest naprawdę niewielka. Trzeba jednak zaznaczyć, że mają w sobie duże pokłady wrażliwości, jedna skończyła historię sztuki, a druga filologię polską, tak jak i ja. Humanistki zawsze się dogadają. Zahaczając o ten temat, pod Willą pana Paszkieta próbowałam im opowiedzieć historię Idy i Krzysia. Wbrew pozorom było to trudne!

Ale jak to uciekła od rodziców i nie miała za co żyć? Ale jak to dama do towarzystwa? Ale jak to przerost kości szczękowej? Serio pomalowali psa? I dzieci na zielono?! 

Gdy patrzy się na fabułę tak zupełnie obiektywnie, to może rzeczywiście to wszystko jest nieco dziwne, a może nawet abstrakcyjne. Jednak mimo wszystko dobrze się czułam w roli mentora, wykorzystując przy tym wyborną szansę na powrót do ulubionych wątków.

Na koniec w biegu zlokalizowałyśmy szpital im. Franciszka Raszei, w którym pracował Mamert Kowalik. Wiele lat wcześniej jednym z pacjentów, którzy trafili do Szpitala Raszei, była Gizela Kalemba, opiekunka Mili Borejko. Gizela została ranna podczas starć ulicznych. Ze szpitala ukradkiem wyprowadził ją Ignacy Borejko, któremu Mila dzielnie pomagała.

Później tylko z auta udało mi się zobaczyć Centrum Kultury Zamek, w którym to Patrycji, Jacek, Baltona i Roma wybrali się na pokaz filmów Jarmuscha.

Niestety nie udało nam się dotrzeć jeszcze do kilku ważnych dla mnie zakątków, np. Parku Sołackiego czy bloku Gieniusi. No, ale nie tylko Jeżycjadą Poznań stoi! Zobaczyłyśmy mnóstwo innych ciekawych miejsc np. Park Cytadela czy Mural 3d. No i zawsze będę miała pretekst do kolejnego wyjazdu.

To był dla mnie bardzo ważny wyjazd. Zobaczyłam miejsca, o których czytam od jakichś 15 lat. Teraz moje „czytanie” będzie jeszcze przyjemniejsze. Ale… najważniejsze było towarzystwo moich przyjaciółek. Nie wiedział, o czym mówię, co im pokazuje, ale wykazywały zainteresowanie, bo tak już mamy. Bardzo lubimy swoje towarzystwo pomimo wielu różnic. A w tej odmienności jest jakaś magiczna siła, która nie różni, a spaja. Sprawiały, że nie czułam się jak wariatka, ale wysoce wykwalifikowany przewodnik po Jeżycach. Spacery, rozmowy, śmiech i nawet zmęczenie były fantastyczne, bo wspólne. Każdemu z Was życzę takich przyjaciółek i takich wyjazdów.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *