Gabrysia i Kreska popłakały sobie razem przez dziesięć sekund i trochę im ulżyło. Może płakałyby i dłużej, ale niespodziewanie otworzyły się drzwi i do pokoju wkroczyła zamaszyście mama Borejko z cukiernicą i talerzem pełnym świeżutkiej szarlotki. Gabrysia natychmiast zrobiła minę dziarską, ale Kreska nie zdążyła i mama Borejko skarciła je obie wzrokiem.
W drzwiach, zwabione wonią ciasta, pojawiły się teraz Natalia i Patrycja, za nimi zaś, poprzedzana głębokim ochrypłym kaszlem, zmaterializowała się Genowefa Pompke we własnej osobie. Z początku patrzała w najbardziej hałaśliwy punkt pomieszczenia, to jest w Gabrysię, która właśnie wyjmowała z wysokiego krzesełka swoją Pyzunię i całowała ją w karczek, wywołując tym fontannę pisków i chichotów. Lecz potem wzrok Genowefy – pełen tęsknoty – przesunął się na inne osoby i oto nagle cały pokój zawibrował jej donośnym wrzaskiem:
-Kreska! Kreseczkaaa!!! – Śmignąwszy przez pokój Genowefa z rozbiegu wskoczyła Kresce w ramiona i zawisła na jej szyi, wciskając nos w mokry jeszcze policzek dziewczyny. Skonsternowana Kreska stała jeszcze chwilę bez ruchu, piastując w objęciach ów słodki, pachnący gumą do żucia i czekoladą, lepki i silnie przybrudzony ciężar. Wreszcie sił jej zabrakło, postawiła małą na podłodze, przykucnęła przed nią i powiedziała
-Cześć i czołem. Miło cię znów zobaczyć. – Prawdę mówiąc, wcale nie było jej miło, bo na widok Genowefy stanął jej przed oczami – w całej swej okropności – tamten wieczór w Operze. Ale cóż temu winna była ta mała? – No, jak? – spytała Kreska pogodnie – Skąd tu się wzięłaś, hm?
Ależ radosne były te czarne ślepka! Cała buzia, usmarowana czekoladą, promieniejąca szczęściem, zrobiła się w uśmiechu wręcz poprzeczna.Przyszłam do Idy na obiadek – wyjaśniły szczerbate usta. – Bo ja stałam w bramie ze Sławkiem i weszła Ida, i on powiedział, że…
-Cisza!!! – ryknęła Ida z przedpokoju, zreflektowała się i dodała ze sztuczną swobodą: – Dajcie temu dziecku czekolady czy coś. Zapchajcie mu wreszcie ten dziób!
Kreska odgarnęła małej potarganą grzywkę.
O szarlotce mamy Borejko możemy przeczytać jeszcze kilkukrotnie, a powyższy fragment podchodzi z „Opium w rosole”. Szarlotka jest banalnie prosta (jak to w Łasuchu ujęto, Mama Borejko nie miała w zwyczaju za trudne przepisy się zabierać) a efekt jest niesamowity. Mimo że szarlotki kojarzą nam się z jesienią to na przesilenie wiosenne ciasto takie może również być skutecznym lekarstwem. Serdecznie polecam!
Przepis z książki Łasuch literacki Małgorzaty Musierowicz
Składniki na ciasto:500 g mąki krupczatki (może być i zwykła pszenna)łyżka proszku do pieczenia, 150 gram cukru, 4 łyżki śmietany, żółtko, cukier waniliowy, 250 g margaryny, sok z cytryny
Składniki na farsz: 3/4-1 kg jabłek, skórka pomarańczowa, cynamon
Ciasto:
Sypkie składniki (mąka, proszek, cukry) wymieszać. Na to wbić żółtko, dać śmietanę, sok z cytryny, posiekaną margarynę i zagnieść kruche ciasto. Schować do lodówki na minimum godzinę, półtorej.
Farsz:
Jabłka umyć, obrać, zetrzeć na tarce. Dodać do nich skórkę pomarańczową i cynamon. Musierowicz od razu takie wykłada na ciasto, ale kiedy tak zrobiłam wydawały mi się strasznie twarde i nie szarlotkowe, dlatego radzę najpierw je poddusić, z odrobiną wody, jeśli jest taka potrzeba.
Po wyjęciu z lodówki ciasto podzielić na 3/5 i 2/5. Pierwszą część rozwałkować i wyłożyć nią tortownicę, nakłuć widelcem i podpiec w 170 stopniach 15-20 minut. Po tym czasie wyłożyć na podpieczony spód jabłka i przykryć paskami ciasta, tak by utworzyły estetyczną kratkę.
Piec kolejne 20 minut, aż ciasto będzie brązowe z wierzchu.
Po wystygnięciu (choć trochę, bo oczywiste, że najlepsza jest na ciepło!) posypać cukrem pudrem wymieszanym z cynamonem. Palce lizać!









Dodaj komentarz