Czego nauczyłam się od Aurelii Jedwabińskiej i jej bliskich?

W pociągu zawsze czytam. Zabieram ulubioną książeczkę i z lubością zaczytuję się w niej od nowa. Rzadko wówczas sięgam po nowości, na ogół są to znani i lubiani przyjaciele. Na ogół jest to Jeżycjada. W codziennym młynie obowiązków zawodowych, połączonych z dbaniem o relacje z bliskimi, po prostu czasami szkoda mi czasu na powtórne czytanie jakiejś książki. Ba! Mam wręcz wyrzuty sumienia, bo przecież praca czeka, i to niejedna, do mamy trzeba zadzwonić, wyprzytulać ukochanego i kota. No, ale w pociągu to już inna sytuacja, tutaj czas mija leniwie, widoczki raz po raz zmieniają się, a ja wracam z przyjemnością do jeżycjadowych czeluści.

Ostatnio pojechaliśmy z G. do Warszawy. Podróż z Lublina zajmuje zaledwie trzy i pół godziny, ale na szczęście pojawiły się opóźnienia i mogłam czytać do woli, tym samym pochłaniając Dziecko Piątku w czasie drogi w jedną i drugą stronę. No właśnie, a dlaczego Dziecko Piątku? Bo jest to moja ulubiona część, choć pewnie przy kolejnej podróży pociągiem powiem Wam to samo o innej. Dziecko Piątku jest dla mnie książką szalenie inspirującą, wzruszającą i skłaniającą do refleksji. U pani Musierowicz szczególnie cenię doskonałą umiejętność wprowadzania zupełnie nowych postaci, jako głównych narratorów, którzy wspaniale uzupełniają stałą oś fabularną. Zawsze są to osoby o ciekawych osobowościach, które pokazują nam świat Borejków z tej zewnętrznej perspektywy obserwatora. W Dziecku Piątku mamy tych osób kilka, począwszy od Aurelii Jedwabińskiej i na panu Jankowiaku skończywszy.

Delektuję się tą opowieścią, naprawdę. Mój egzemplarz jest pełen zaznaczonych cytatów. Przyznam też, że wolę dorosłą już Aurelię od Geniusi. To dziewczyna absolutnie prawdziwa, wyjątkowa i eteryczna. Jej przeżycia są dla mnie interesującą odmianą po borejkowej sielance rodzinnej. Tekst ten będzie zatem subiektywny i bardzo osobisty, bo otóż chcę Wam opowiedzieć o tym, czego Aurelia i jej bliscy mnie nauczyli.

Nie myśl

Zacznę właśnie do głównej bohaterki. Aurelia zdecydowanie różni się od Geniusi, z wiekiem stała się zamknięta w sobie i nieśmiała. Przepełniają ją lęki i smutek, nagromadzone po rozwodzie rodziców i śmierci matki. Jej bardzo bogate życie wewnętrzne jest po części ujmujące, a po części przerażające. Chyba dlatego jest mi bliska, bo doskonale znam stan zapadania się w swoje myśli, które w psychologii nazywa się jako overthinking. Myślenie, myślenie, myślenie, czyli analizowanie, pesymizm, egoizm, rozdrapywanie ran i zatracanie kontaktu z rzeczywistością. Wbrew pozorom nie jest to proces zupełnie niepotrzebny, bo po pierwsze prowadzi do poznania siebie, a po drugie pozwala na pogodzenie się ze smutkiem. W przypadku Orelki, z opuszczeniem i żałobą. Na jej przykładzie zdałam sobie sprawę z tego, że właśnie skupianie się na swoim żalu jest mało produktywne i niczego nie zmienia, a wręcz pogarsza. Aurelia dopiero później przeszła do działania, pojechała do babci i wyciągnęła rękę do ojca. Okazało się, że obie te osoby bardzo ją kochają, choć do tej pory żyła w poczuciu odrzucenia. Podobnie było z Kreską, wielkie wyrzuty sumienia po sytuacji z Maćkiem, okazały się nieistotne, ich przyjaźń i tak była ponadto. Aurelia spędziła kilka lat swojego życia samotna i wygłodniała uczuć od osób, zakładając, że im na niej nie zależy. Pamiętajcie zawsze, że:

Najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku.

Zróbcie go szybko, nie czekajcie na cuda. Po prostu zacznijcie, bo mamy tylko jedno, jedyne życie.

Krok po kroku

Zdarzyło się Wam kiedyś podejmować radykalne decyzje, chcąc nagle szybko coś zmienić? Zmienię pracę, znajdę nowych przyjaciół, wyjadę na drogie wakacje, albo rozstanę się z kimś, bo z kim innym na pewno będzie lepiej. Lubimy myśleć, że gdy zmienimy coś w otoczeniu, nasze życie nabierze nowego sensu. W zasadzie ciągle czekamy na coś, na TEN wielki moment i czas w życiu, kiedy w końcu wszystko będzie tak, jak ma być. Tylko że zawsze znajdzie się coś, co ten upragniony czas może zepsuć, albo w ogóle go nie docenimy, bo będziemy chcieli więcej. I co? Wtedy chcemy kolejnej zmiany.

W mojej ukochanej rozmowie babci Jedwabińskiej z Aurelią padają słowa: 

Jak się chce zmieniać swoje życie, to nie trzeba zmieniać tego, co jest naokoło, tylko to, co ma się w środku. Rozumiesz?

Tak, moi drodzy jest, niestety chyba taka świadomość przychodzi dopiero z wiekiem i doświadczeniem. Nie warto uciekać przed problemami, warto jednak wsłuchać się w siebie. Przynajmniej spróbować zmierzyć się z trudną sytuacją. Stawić jej czoła. Może przejdziemy ten pojedynek zwycięsko? Zastanówmy się, za czym pędzimy, przed czym chcemy uciec, czego naprawdę chcemy. Czy te kolejne zmiany zapełnią pewną pustkę w nas? Jeżeli jesteś nieszczęśliwy, pomimo kolejnych zmian w otoczeniu, to warto pomyśleć, czy może ta najważniejsza zmiana, powinna dokonać się w naszych wartościach, w naszym postrzeganiu życia, w nas samych. Większa satysfakcja z życia jest na wyciągniecie ręki.

Najgorzej widać z bliska

Że też człowiek nigdy nie potrafi cieszyć się tym, co właśnie przeżywa, zawsze grymasi, zawsze niezadowolony. A życie mija.

Szczęście jest chyba czymś takim jak okulary pana Hilarego.

No właśnie kochani, jak często czujecie spokój i szczęście? Przyznam, że dużo, ale to dużo czasu w swoim życiu spędziłam na narzekaniu. Na wszystko. Na pracę, na chłopaka, na przyjaciół, na rodziców. Generalnie wszystko było nie tak, jakbym chciała. A po kolejnej zmianie znowu znalazłam jakiś nowy powód do narzekań. Jakiś czas temu dzięki przyjaciółce, wpadłam na książkę Daj się pokochać dziewczyno” Katarzyny Miller. Wspaniała lektura, polecam! Po ostatniej stronie popatrzyłam przed siebie i dotarło do mnie to, ile czasu zmarnowałam na krytykę siebie i wszystkich wokół. I to, jak wiele zależy właśnie ode mnie. To takie banalne, ale naprawdę ważne: Szklanka do połowy pełna, a nie pusta. Nowymi oczami w nowych okularach spojrzałam na swój związek. Doceniłam swoją pracę, zauważyłam, że daje mi ona ogromną wolność i pole do wykazania się. Przestałam irytować się na przyjaciół, nie zawsze mają czas, ale zawsze są mentalnie. Zauważyłam, że dzięki temu podejściu dobrze czuję się sama ze sobą, a to ważne. Bo jeżeli kochasz siebie, to właśnie tym więcej miłości możesz przekazać innym. A to codzienne szczęście to budzenie się obok ukochanej osoby, dobra kawa wypita powoli i smakiem, krótki spacer, piękne kwiaty w ogrodzie i powiedzenie z uśmiechem: Doprawdy świecie, bywasz trudny, ale naprawdę Cię lubię! Moja rada, którą znacie, ale powtórzcie sobie dzisiaj przed snem: Cieszcie się dniem dzisiejszym, nie oczekujcie wielkich momentów, bo są przereklamowane, codzienność jest piękna, tylko trzeba odwróć tę swoją szklankę!

Duże dzieci

Wspomniana już Katarzyna Miller często mówi o tym, że obecni dorośli to pokolenie dzieci „niedokochanych”, czyli takich, które bardzo pragną miłości i akceptacji, bo nie otrzymały ich w pełni od rodziców. I uważają, że ich potrzeby zaspokoi druga osoba. To nie jest tak, że zdarza się to dzieciom wychowanym w szczególnie złych warunkach. Tak naprawdę wielu z nas nosi w sobie w mniejszym lub większym stopniu to „niedokochanie”. Ważne, że owo „niedokochanie” objawia się też silnym deficytem miłości do siebie. A jak już mówiłam i nie jest to żadna nowa prawda, zanim pokochamy innych, musimy obdarzyć miłością samych siebie. Przez to nastawiamy się na branie, chcemy, żeby inni dali nam pełną akceptację. Jej brak powoduje frustrację. Tak więc, mamy deficyty i ich zaspokojenia, naprawy szukamy w relacjach. A to nie ta kolejność. Trzeba się najpierw samodzielnie się „dokochać”, żeby móc kochać drugą osobę.

Babcia Jedwabińska powiedziała:

Tak, nie wszyscy dorośli są dorosłymi naprawdę. Najczęściej są to po prostu dzieci, przeniesione w czasie o pewien odcinek.

Obserwuje to u wielu osób, u siebie po części również. Czasami postępujemy wedle schematu płaczącego dziecka. „Ale ja chcę, ale ja muszę, ale ja nie chcę.” Koniec i kropka, ani kroku do przodu ani do tyłu. Tak też było z Eugeniuszem i Ewą. Przekrzykiwanie się, rozdrapywanie ran, ucieczka. Jak się okazało, pod tą toporną komunikacją wciąż kiełkowała bardzo stłumiona i bolesna miłość. Mój chłopak w sytuacjach kryzysowych mówi: Najpierw pooddychaj, a później powiedz mi, jak się czujesz w danej sytuacji. Nie krzycz, nie obwiniaj, po prostu nie utożsamiaj się ze swoimi emocjami, bo są złym doradcą. I wiecie co… działa. Choć sporo czasu upłynęło, zanim zrozumiałam jego intencje, przecież mój gniew jest tu i teraz. Ale jak długo można być dzieckiem w skórze dorosłego? Tuptanie nóżką powinno zostać w przeszłości.

Nie oczekuj

Kolejna refleksja z tym związana płynie z tego fragmentu:

Chcieć to jeszcze mało. Trzeba coś zrobić. (…) Ciągle do ludzi wychodzić. Niczego się nie bać. Najgorsza dla ciebie krzywda będzie, jak się odgrodzisz od innych. Tyle ci powiem.
– Babciu, babciu, co ty mi tu mówisz, ja przecież całe życie wychodzę do ludzi, ja wciąż ręce wyciągam, ja chcę, żeby mnie kochali, a oni… nie kochają.
– No to ty ich kochaj, Orelka. Ty ich kochaj. Zobaczysz, jak cię będą potrzebowali. Nie wyciągaj ręki – podawaj rękę. I nie chciej za dużo dla siebie. Nie ten jest bogaty, kto dużo ma, tylko ten, kto dużo daje.

Nasze oczekiwania potrafią skutecznie zniszczyć relację z drugą osobą. Liczymy na drugiego człowieka, na jego domyślność, czas, pomoc. Oczekiwanie czasami stają się naszym wrogiem i drogą do rozczarowania. Dawanie z siebie to ta legendarna karma, która powraca. Pomóż komuś, okaż zainteresowanie, wesprzyj, znajdź czas, ale nie kalkuluj, że w przyszłości dostaniesz „list zwrotny”. Gwarantuje Ci, że im mniej oczekujesz od ludzi i życia, tym więcej pięknych niespodzianek Cię czeka.

Po prostu miłość

Czego nauczyłam się jeszcze od Dziecka Piątku? Przypomina mi regularnie, czym jest miłość. Jestem pokoleniem wychowanym na komediach romantycznych i mediach społecznościowych. I tym sposobem to moje pokolenie chce osiągnąć wszystko szybko, łatwo, dostarczając sobie przy tym intensywnych emocji. Lubimy pokazywać swoje wspaniałe życie, lubimy je podkoloryzować odpowiednią pozą i filtrem w programie. Dużą częścią naszego wolnego czasu, jest pokazywanie naszego wolnego czasu na Facebooku czy Instgramie. To błędne koło, naprawdę. Jesteś na spacerze, pokaż to, jesteś na kawie z przyjaciółką, pokaż to, jesteś na weselu, pokaż wszystkim. Pokaż, jak idealny jest Twój związek, pełen róż, romantycznych kolacji i wcale niepozowanych pocałunków. Pokaż innym swoje życie, żeby każdy wiedział, że jest świetne. A to życie nam ucieka. Licytujemy się na obrazki, a zaniedbujemy rzeczywistość. Co gorsza, mamy wyśrubowane oczekiwania wobec tego życia. Potrzebę przeżywania wielkich emocji. Ich brak pojmujemy jako coś niezbyt atrakcyjnego, od czego lepiej uciec. Oj znam to bardzo dobrze. Bohaterka typowej komedii romantycznej płynie na fali uniesień, zatrzymując się na happy endzie przed ołtarzem. Dziewczynka dorasta wraz z takimi wzorcami i intuicyjnie ich poszukuje. Tak miałam, tak robiłam. Aż tu los sobie ze mnie zażartował i postanowił na mojej drodze odpowiednika Grzegorza Stryby, nomen omen też Grzegorza. I jak tu drogie panie zrozumieć, że w tych popapranych czasach istnieje jednostka poukładana, normalna, odpowiedzialna, wrażliwa i kochająca. No gubisz się, bo wielkich gestów nie ma, za to jest milion drobnych codziennie, dziesięć razy dziennie.(właśnie G. przyniósł mi pachnące czereśnie i herbatę reska mówi do Gabrysi:

Wiesz, ja powinnam nieustannie czuć się szczęśliwa – zważywszy wszystko, co mi los dał. Powinnam szaleć ze szczęścia od rana do wieczora. Ale jestem zbyt niewyspana, żeby tym wszystkim się cieszyć. – Wiesz, co nagrodzono w konkursie na najpiękniejsze słowa miłości? – Nie mam pojęcia. – Jedna uczestniczka przysłała zdanie, jakie jej mąż powiedział o czwartej nad ranem: ‚Pośpij sobie, ja wstanę i je nakarmię.’ Maciek często mi to mówi. – No to widzisz.

I to jest właśnie miłość, ta wartościowa, dobra i trwała. Prawdziwa miłość nie ma nic wspólnego z cierpieniem, podporządkowaniem drugiej osobie, ani z oddaniem wolności. Nie znosi poświęceń, ale jest prawdziwym zachwytem nad światem, nad sobą i innymi ludźmi. Daleka jest od deklaracji: „bez ciebie wszystko traci sens”, a bliższa stwierdzeniu: „z tobą jest mi lepiej, przyjemniej i radośniej niż bez ciebie”. Nie deklaruje: „dla ciebie zrobię wszystko”, lecz zapewnia: „kocham cię, bo jesteś. Po prostu”. I taką miłość warto praktykować. Codzienne staranie się dla drugiej osoby, rozmowy wieczorem, kanapki do pracy, śmiech i czułość. Pielęgnowanie tych gestów wpada w nawyk i sprawia, że codziennie nasza miłość rośnie, nawet w trudnych chwilach. Wiecie, po czym poznać miłość? Miłość buduje. A codzienność w miłości jest magiczna, nauczcie się tylko ją widzieć. A tak dodatkowo pamiętajmy, że na miłość nigdy nie jest za późno tak jak w przypadku pana Bronka i pani Marty. Pamiętajmy również, że nie można tracić nadziei na uczucie, nawet po trudnych przejściach, bo być może niespodziewanie trafimy na kogoś wyjątkowego tak jak Gabrysia i Grzegorz.

Naucz się dawać

Najlepiej jest człowiekowi wtedy, kiedy nie myśli o sobie.

Oj tak, z bliska widać najgorzej. Moja krzywda, mój ból, moje zranienie, moje problemy. Wiecie, czym kończy się skupianie na sobie? Spiętrzeniem frustracji. Nie mam oczywiście na myśli pomijania swoich potrzeb. One są arcyważne! Mówię o sytuacjach, kiedy myślisz tylko o sobie i swoich problemach. A dobrze jest się od nich oderwać. Dobrze jest też zrobić coś dla innych, czuć się potrzebnym. Jest tyle okazji do pomocy innym, wykorzystując je, rozwijamy się duchowo. Bo jak to babcia Jedwabińska mówi: Jak się człowiek odgradza od innych, to tak, jakby zniknął. A im więcej ze siebie rozda, tym bardziej żyje. Pan Bronek zdał sobie z tego sprawę, przebywając u Borejków, zupełnie obcej rodziny, która tak ciepło go przyjęła i dzięki której poznał panią Martę. Niezbadane są ścieżki Kupidyna.  I na koniec chcę podkreślić, że w zasadzie nigdy nie jest na nic za późno. Za wyrządzone krzywdy możemy przynajmniej przeprosić, możemy wyciągnąć wnioski i nie popełniać tych samych błędów. Zaniedbane relacje spróbujmy uzdrowić, sprowadzić na drogę spokojnej komunikacji. A jeżeli chcesz coś zmienić, to zacznij od refleksji nad samym sobą, przemyśleniu, co jest dla Ciebie ważne, a dopiero wtedy warto dokonać zmian. Może radykalnych, a może małych. Ćwiczmy uważność, bądźmy tu i teraz. Nie gońmy, lecz delektujmy się życiem.


Jedna odpowiedź do „Czego nauczyłam się od Aurelii Jedwabińskiej i jej bliskich?”

  1. Awatar ilovewro

    Dzięki za normalność i sens.Mało który tekst sprawia, że zatrzymuję się na stronie na dłużej – ten się udał. Czuć, że ktoś tu naprawdę przemyślał, co chce powiedzieć. Lubię, gdy autor pisze tak, jakby mówił do jednej konkretnej osoby.

Skomentuj ilovewro Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *