Laura Pyziak

Laura Pyziak i jej trudna miłość

Już jakiś czas temu zaplanowałam napisanie tekstu o Laurze vel Tygrysku, jednak zajęło mi to dużo dłużej niż przewidywałam. Tak skomplikowana postać wymaga przemyślenia. Odniosłam się przede wszystkim do części poświęconej bohaterce: Tygrysie i Róży.

Tytuł Tygrys i Różą to tylko gra językowa, nawiązanie do jednej z powieści Williama Thackeraya: Pierścień Róża. Występują w niej książę Lulejko, król Kalafiore i tytułowa Róża. Brzmi znajomo? Laura to według mnie jedna z najbardziej charakterystycznych postaci w całej Jeżycjadzie. Wiele osób jej wprost nie cierpi, co nikogo pewnie też nie dziwi, przecież obraziła niemal wszystkich członków swojej rodziny, oprócz dziadka.

Jako nastolatka oczywiście też jej nie lubiłam, bo tak jest najprościej, dobrych lubimy, złych nie lubimy, chociaż mam wrażenie, że w prawdziwym życiu często bywa odwrotnie. Gdy powróciłam do Jeżycjady wiele lat później, to zaczęłam się tą postacią fascynować. I wiem, że dla wielu jest to dziwne, więc postaram się Wam to wytłumaczyć.

Za wprowadzenie tak szczegółowo rozrysowanej postaci, wręcz negatywnej, pani Musierowicz należy się medal i order. To ryzykowne posunięcie, bo fani Jeżycjady w większości są przyzwyczajeni do pięknego i idealnego świata Borejków. No może jedynie Anielka sprawiała trudności, ale przecież wiemy, że dziewczę pięknie się nawróciło. Pyziak towarzyszył nam przez chwilę, dlatego nie zdążyliśmy go bliżej poznać, a tak poza tym to w Kwiecie Kalafiora nie był aż taki zły. W Opium wysyła kochające telegramy, później jedynie zdawkowo dowiadujemy się, że postanowił wymiksować się małżeństwa i ojcostwa. Wiemy więc, że pozornie Laura ma w sobie więcej cech ojca, do którego jest również podobna fizycznie, co na tle klanu rudo-marchewkowo-miedzianych-blond Borejków z piegami, wyraźnie ją odróżnia. I ona to wie, ona to czuje, ona to przeżywa, bo odkąd stała się świadomym dzieckiem, czuje się też inna. Denerwuje ją ta odmienność, wszechogarniająca dobroć i serdeczność bliskich. Wie też, że jej ojciec nawet nie chciał jej poznać, a wyobrażam sobie, że to bardzo rzutuje na samoocenę. Myślę, że owo poczucie inności w połączeniu z opuszczeniem zaowocowało pewnym pancerzykiem ochronnym. Ba, swoją odmienność mogła przypisywać właśnie odziedziczonym po ojcu cechom. Może to usprawiedliwienie, a może atak, a może gorycz. Pani Musierowicz zostawia nam tu duże pole do interpretacji. 

Pozornie Laura jest szalenie pewna siebie, swojej urody, inteligencji, wyjątkowości. Teoretycznie powinna być też uwielbiana, a jakoś wybitnie jej to nie wychodzi. Nie ma bliższej przyjaciółki, a bracia Lelujkowie nie są nią zainteresowani, tak jakby chciała. Przypominam, że dzięki jej staraniom noc poślubna Idy i Marka nie była taka, jakby panna młoda sobie życzyła. Laurze w głowie się nie mieści, że poczciwa Pyza robi na wszystkich większe wrażenie niż ona. Słowem, jest nieznośna, a szczególnie dla swojej matki, której notorycznie od dziecka robi małe i większe przykrości.

Gabrysia mówi Natalii, że najbardziej kocha Tygrysa, bo ona tej miłości też najbardziej potrzebuje. Inna sytuacja, która zapadła mi w pamięć to pierwsza poważna rozmowa Gabrieli z młodszą córką po tej scenie:

Pyszny był befsztyczek – powiedziała Gabrysia, rozanielona, i odłożyła sztućce. Zadowolonym wzrokiem potoczyła po kuchni – lśniącej od czystości i uporządkowanej jak nigdy. – A kto doprawiał sałatę? Grzegorz zrobił skromną minę. Kochany. – Zdaje mi się, że ja – powiedziała w zamyśleniu Laura, a Pyza rzuciła jej oburzone spojrzenie. Laura natychmiast spojrzała na Pyzę wyzywająco. Gabrysia zagryzła wargi. Momentalnie minął jej dobry nastrój. Musi koniecznie porozmawiać z Tygryskiem na osobności. Za dużo już się nagromadziło tych niepokojących objawów. Małe kłamstwa, złośliwe psikusy, brak dyscypliny, nieprzewidywalne wybryki w rodzaju ankiety pod kościołem Dominikanów… Tyle razy jej się mówiło – i bez skutku.

Zaczątkiem tej ważnej rozmowy była opowieść o długich łyżkach, bardzo mądra swoją drogą. 

Tygrysku, kochaneczku – Gabrysia przysiadła się do Laury, objęła ją mocno i pocałowała w czubek głowy. Jedwabiste włosy Tygryska pachniały dość wyraźnie perfumami Patrycji. – Ta historyjka wyjaśnia, że nie wolno żyć tylko dla siebie. Bo to nie tylko nieładnie, ale nawet niezdrowo. Może w ogóle po to jesteśmy na świecie, żeby pomagać innym? Laura objęła ją w pasie, wcisnęła głowę pod jej ramię. – Ty to chyba naprawdę po to jesteś, mamo – zamruczała cieplutko. – Kocham cię. Najmocniej ze wszystkich kocham cię ja!

– Ja też cię kocham – Gabrysia zakołysała ją w ramionach. – Dlatego mi tak smutno, kiedy kłamiesz.

– Ja kłamię?! – zdumienie Laury nie miało granic. – Ja nigdy nie kłamię, mamusiu! Nigdy!

– Nigdy? – powtórzyła Gabrysia, czując jak zimny dreszcz przebiega jej po krzyżu. Spojrzała prosto w oczy swojego dziecka. Były niewinne i czyste jak leśne jeziorka. O kolorze stali.

Ja tylko – oświadczyła Laura – przemieniam świat. Mówię inaczej, niż jest. To takie zabawne – takie śmieszne! To jest jak czary. Bardzo lubię opowieści i układanie słów.

Niestety egoizm towarzyszył Laurze jeszcze przez wiele lat. Najważniejszą dla charakterystyki tej postaci jest oczywiście część Tygrys i Róża. Poziom zołzowatości Laury osiągnął tutaj wyżyny, jednak ta część odkrywa przed nami pewną destrukcyjną cechę bohaterki.

Wycofuje się tym dalej, im bardziej ktoś chce się do niej zbliżyć. A kiedy się ten ktoś oddala – ona znów za nim tęskni, potrzebuje go i szuka.

W moim odczuciu Tygrys i Róża to część szalenie ambitna, trudna, złożona i jednocześnie stanowiąca nie lada wyzwanie dla każdego fana Jeżycjady. Laura po prostu rani wszystkich wokół, a szczególnie torpeduje swoją matkę, którą po prostu gardzi. Warto w tym celu uważnie przeczytać ten fragment:

– Tyle w niej ciepła, tyle ciepła – powtarzał Hajduk, dygocząc od nowego uderzenia wiatru, a Laura zastanowiła się, dlaczego każdy, kto mówi o jej matce, używa zawsze tylko określeń pozytywnych lub wręcz superlatywów. Nikt jakoś nie wspomina o jej potwornym despotyzmie, nikt nie widzi, że mama bywa męcząco bezkompromisowa i beznadziejnie nudna w swej uczciwości i prostolinijności. Nie mówiąc już o tym, że biedaczka czepia się małostkowo takich głupstw, jak czyjś odważny makijaż czy zbyt długie, jej zdaniem, zażywanie kąpieli. Nikt też nie zauważa, że jest mama przesadnie zakochana w swym beniaminku, Ignacym Grzegorzu, i że nazbyt często oddaje mu cały swój czas i uwagę, nie zważając na potrzeby obu córek. – Gabrysia jest zawsze taka spokojna, taka promienna – unosił się rozczulony dyrektor Hajduk, a Laura uśmiechnęła się krzywo pod zaśnieżonym nosem, przypominając sobie dzisiejszą scenę poranną, kiedy to mama z okrzykiem „cholera jasna!” walnęła pięścią w drzwi łazienki. No, dobrze, przypuśćmy, że spieszyła się do pracy, ale ona, Laura, też się spieszyła, do szkoły, a wiadomo, że nie mogła wyjść z nieumalowanymi rzęsami. Są chwile, kiedy mama niczego nie rozumie.

A więc pojawienie się na świecie Ignacego Grzegorza było swojego rodzaju detronizacją dla Laury, straciła wyłączność na uwagę matki, a chłopiec, jak wiecie, w przyszłości stał się kopią jej ukochanego dziadka, który wcześniej miał do niej słabość. Pyza była dla niej nieinteresującą osobą, podobnie jak ciotki. Jedynie Ida wzbudzała w niej pewien respekt. To wszystko jest w sumie zrozumiałe, jednak postawa Mili Borejko wzbudziła we mnie spore rozczarowanie. 

– Zawołaj dziewczynki, pomogą ci – zaproponowała Babi, wyraźniej zakłopotana swoją bezradnością.

– Ech, nie warto – lekko odpowiedziała mama.

– Za mało od nich wymagasz. Zamęczysz się.

– Nie przesadzaj. Wszyscy mi pomagają, a Pyza najwięcej.

– Za to Tygrys wcale. Niedobre dziecko.

– Dobre, dobre, tylko rogate – łagodząco powiedziała mama, a Laurze krew uderzyła do głowy ni to z oburzenia, ni to z żalu. Najbardziej dotknęły ją słowa mamy, nie babci. Ta wspaniałomyślność! Ta pobłażliwość w głosie! O, to nie do zniesienia. Człowiek miałby od razu ochotę zrobić coś niegodziwego, i to tak, żeby mamę prawdziwie zabolało. Spiskują sobie! Namawiają się na nią! Ciekawe, co tu jeszcze zostanie powiedziane. Postanowiła stać nadal w ciemnościach i słuchać – lecz nagle prąd powietrza owionął jej kark i policzek: tuż obok, nie widząc jej wcale, przeszła Pyza i swobodnie wkroczyła w oświetloną strefę, wołając:

– Zostaw, mamo, ja to zrobię – pozytywna bohaterka, jak zwykle, pupilka mamy, babci, dziadka, Grzegorza, ciotek, wujów i pociotków pogodna i zadowolona z siebie w stu procentach, ta zaręczona szczęściara, która zawsze wiedziała, jak postąpić, co powiedzieć i czym się komuś przypodobać.

– No, jak tam Fryderyk? Pił herbatkę? – dopytywała się babci już rozpogodzona, jakby ujrzała jakiś cholerny promyczek, a Pyza śmiechem odpowiedziała, że nie, nie pił, bo bardzo się dziś spieszył Dziadek go tylko zagadnął, więc Fryderyk polecił Ignasiowi, by pokazał mu, jak się wchodzi do Internetu. Dziadzio już-już się chciał obrażać, lecz Fryderyk mu wyjaśnił, że dzieci najszybciej się oswajają z komputerami; sam nauczył Ignasia tydzień temu i mały wszystko w lot chwycił, więc teraz bez problemu przybliży dziadkowi całe zagadnienie.

Opowiadając, Pyza sprawnie zdejmowała z kołdry powłoczkę i zakładała nową.

Odtrącona, pominięta, zapomniana, Laura stała, cierpiąc męki zazdrości. Pojęła, że dłużej nie może śledzić tej idylli, a ponieważ mama, zebrawszy zużytą pościel, ruszyła z nią właśnie do drzwi – Laura bez namysłu wślizgnęła się do sąsiedniego, zielonego pokoju, gdzie rezydowała ciotka Natalia.

Wtedy to zapadła decyzja o eskapadzie do Torunia, z którą Laura wiązała wielkie nadzieje, licząc, że tam wśród rodziny ojca, odnajdzie swoje miejsce na świecie. Na co liczyła tak naprawdę? Na towarzystwo podobne jej (w jej mniemaniu): inteligentne, ironiczne, bez lukru dobroci, za to ekscytujące i zachwycające innych. Jej pewność wzmogło zdjęcie ze ślubu Gabrieli i Janusza. 

Zażądała natomiast, żeby Babi pokazała jej utajnione dotąd zdjęcie ślubne rodziców oraz wszelkie możliwe pamiątki po ojcu. Żadnych pamiątek – rzecz ciekawa – nie przechowywano. Dano jej jednak sposobność obejrzenia czarno-białej fotografii amatorskiej o formacie pocztówkowym. Na pierwszym jej planie widniało smętne i nieco nieostre oblicze babci, obok której tkwiła jakaś gruba okularnica w towarzystwie odzianego w solenny garnitur młodzika – Roberta Rojka. W tle można było zauważyć tabliczkę Urzędu Stanu Cywilnego. Tuż pod nią stała młoda para. Tu już ostrość była doskonała, widać było każdy włos na nieporządnie uczesanej głowie mamy. Ubrana jakoś dziwnie ubogo i nietwarzowo, stała jak żołnierz na warcie, patrząc prosto w obiektyw ciemnymi, poważnymi oczami. Obok niej był – zwrócony nieco bokiem, jakby dystansując się od całej imprezy – wysoki, szczupły i ciemnowłosy młody człowiek, na widok którego Laurze drgnęło serce. Miał on jej własne skośne oczy w ciemnej oprawie, miał jej kształt twarzy i jej, nieco krzywy, uśmieszek! Mina jego wskazywała, że wszystko to śmieszy go trochę, a trochę irytuje, i że czuje się tu dość obco. Laura świetnie rozumiała taki stan ducha – sama go często doświadczała w tej rodzinie.

No właśnie, Laura czuła się rodzinnym wyrzutkiem, chociaż do tego stanu przyczyniła się przede wszystkim ona sama. 

Nie dała poznać po sobie wzruszenia, mruknęła coś niegrzecznego. Tak jak się spodziewała, zmyliło to czujność babci. Fotografia została schowana na swoje miejsce (biurko dziadziusia), a Laura już wkrótce znalazła sposobność, by przejrzeć uważnie i w samotności szufladę, której nawet nie zamykano na klucz. Ale zawartość ją rozczarowała. były tam tylko banalne zdjęcia rodzinne, jakieś stare bilety do teatru i do Filharmonii, wysuszone gałązki wrzosu oraz bibułkowa serwetka z wyblakłym nadrukiem „Astoria”, na której charakterystycznym wąskim i spiczastym pismem dziadka nakreślono: „Amor vincit omnia*[Miłość wszystko zwycięża] Milu!”. Była też paczka jego listów, przewiązanych wstążeczką, ale w sumie nic ciekawego. Szarą kopertę, zawierającą dotąd zdjęcie ślubne jej rodziców, Laura zostawiła na miejscu. Samo zdjęcie natomiast zabrała, nikogo nie pytając. Ukryła je w swoim biureczku, pomiędzy zeszytami i książkami szkolnymi. Odtąd często oglądała tę fotografią i tym sposobem weszło jej w zwyczaj rozmawianie z tatą – młodym człowiekiem o szczupłej, inteligentnej twarzy i interesującym, trochę cynicznym uśmieszku. Opowiadała mu o tej ohydnej szkole i o tym, że nie ma właściwie żadnej przyjaciółki, i o tym, że Wiktor nie zwraca na nią uwagi, i o tym, że nikt, prócz dziadziusia, jej nie kocha. Nic popadała przy tym w żaden słodki lament, skądże znowu! – to nie było w jej stylu. Rozmawiała sobie z tatą tak, jak – była tego pewna – oboje lubili: kpiąco, lekko i niezobowiązująco. A całkiem niedawno, zupełnym przypadkiem, natknęła się na pożółkły telegram z datą 13 marca 1983, nadany w Sydney, w Australii. Zapomniany papierek, zaadresowany do mamy, znajdował się w stare książce „Kuchnia polska” w rozdziale „Potrawy mączne”, co tłumaczyło się w pewnym stopniu treścią telegramu: JUŻ LECĘ SZYKUJ OBIAd PIEROGI Z GRZYBAMI UWIELBIAM KOCHAM PRZYBYWAM NIEDZIELA RANO OKĘCIE – JANUSZ. W półtora roku później, w grudniu 1984, Laura przyszła na świat – ale jej ojca już wtedy nie było w Polsce. Jak się dopytała, wyjechał na dobre wiosną roku 1984 – i już odtąd nie dał znaku życia. Być może nadal przebywał w Australii? Nie wiadomo. Nie ma sposobu żeby go znaleźć. Chyba że… – Co się stało? – przestraszyła się ciotka Natalia, bo Laura nagle zerwała się z fotela, tknięta niespodziewanym natchnieniem. – Nic – odpowiedziała krótko, po czym opuściła zielony pokój. Że też wcześniej na to nie wpadła! Zmarnowała cały rok. Ale teraz już wiedziała, gdzie ma szukać ojca.

Laura idealizuje ojca, co daje jej poczucie pewnego zrozumienia, sojuszu z osobą, która na pewno wie, co przeżywa. Potrafi nawet pomyśleć, że jej ojciec odszedł prawdopodobnie dlatego, że był dogłębnie znudzony dobrocią i prostolinijnością Gabrysi, co w jej mniemaniu jest po prostu nużące. Pewnie wielu z czytelników zauważyło, że Laura uwielbia robić z siebie ofiarę. To taki mechanizm obronny przed przyznaniem się do winy. Ale ale ale… Łatwo nam jest ją oceniać z perspektywy dorosłej osoby. Pani Musierowicz doskonale oddała gwałtowność i patos uczuć kłębiących się w nastoletniej głowie. Mieszanka buntu, poczucia krzywdy i wyalienowana jest tak prawdziwa, że aż przypomniałam sobie swój 14. rok życia, również gwałtowny i pełen żalu do wszechświata.

Do tej pory nie rozumiem, dlaczego kwestia zniknięcia i rozwodu w rodzinie Borejków jest aż taką tajemnicą. Przyznajmy, raczej tajemnicą Poliszynela. Wszyscy wiedzą, a w zasadzie każdy, oprócz Idy, ucieka od tematu, na czele z Gabrielą. W tym wypadku pani Małgorzata pokazała, że taka postawa może przynieść zupełnie odwrotny efekt, bo w Laurze potrzeba wiedzy, zrozumienia przeszłości narastała coraz bardziej. Czy jest to dziwne? Nie. Czy Laura zachowywała się tak, jakby chciała się tylko dowiedzieć prawdy? Nie. Lubiła widzieć, że jej mocą oddziaływania jest to, co w rodzinie Borejków jest niespotykane, a wręcz potępiane. A jest to skłonność do celowego robienia przykrości, manipulacji i wbijania szpil emocjonalnych najbliższym. Laura lubiła zdestabilizować sytuację tylko po to, żeby zobaczyć, co się stanie. Tylko po to, by zrobić wrażenie. Czy faktycznie w ten sposób zaspokajała swoje ego? Nie wiadomo. Niejednokrotnie żałowała swoich słów czy zachowania, a przy tym nigdy nie przeprosiła. Można by powiedzieć, że jest to po prostu rozbestwiona dziewucha, tak jak to jedna z Was napisała na Facebooku. Wydaje mi się, że wielką sztuką jest pokazanie między jednoznacznie złą serią incydentów Tygrysa, niuansów jej skomplikowanej natury i wielkiego bagażu opuszczenia, który ciągnie się za nią od dziecka. Owszem, wychowała się w kochającej rodzinie, jednak wciąż miała bardzo głęboko zakorzenione w psychice poczucie opuszczenia, tym większe, gdyż rzeczywiście jest inna. Tej pustki nie pomaga jej wypełnić rodzina, solidarna w swoim milczeniu na temat Pyziaka. Jest zupełnie tak, jakby Janusz Pyziak nie istniał. Dorastająca Laura staje się czarną owcą Borejków. Nie żyje w harmonii z najbliższymi, a wręcz tę harmonię burzy, prowokując konflikty. Rani matkę, niezrównaną Gabrysię, która powszechnie uważana jest za doskonałą. Sama mówi o sobie: „Jestem wśród nich jakby obca, jakby nie tej samej krwi”. 

Laura usprawiedliwiła czyny ojca swoją własną innością i chęcią ucieczki. W jej głowie kiełkowała myśl, że uciekł od matki, dlatego że czuł się nieakceptowany. Wyobraziła sobie, jak bardzo musi być mu ciężko, budując wyobrażenie o nim na podstawie własne emocje. 

Nie, nie Grzesiu – zaprotestowała mama. – To nie zła wola… Ale Laura nie pozwoliła jej na tę obronę.

– Owszem, zła – przytaknęła Grzegorzowi. – Z prawdziwą złą wolą przypominam wam, że mój ojciec żyje gdzieś samotnie, podczas gdy wy – szczęśliwi i beztroscy…

Substytutem bliskiej relacji z tatą były wyimaginowane rozmowy z nim, czego tłem była wspomniana już fotografia ślubna.

Często oglądała tę fotografię. I tym sposobem weszło jej w zwyczaj rozmawianie z tatą – młodym człowiekiem o szczupłej, inteligentnej twarzy i interesującym, trochę cynicznym uśmieszku. Opowiadała mu o tej ohydnej szkole i o tym, że nie ma właściwie żadnej przyjaciółki, i o tym, że Wiktor nie zwraca na nią uwagi, i o tym, że nikt, prócz dziadziusia, jej nie kocha. Nie popadała przy tym w żaden słodki lament, skądże znowu! – to nie było w jej stylu. Rozmawiała sobie z tatą tak, jak – była tego pewna – oboje lubili: kpiąco, lekko i niezobowiązująco”.

Im bardziej idealizowała ojca, tym bardziej atakowała matkę, wręcz obwiniała. Nie chciała być zależna od jej uczuć, a jednak bardzo ich potrzebowała. Tak tak, nienawidziła i kochała ją jednocześnie. Bardzo chciała przerwać łączącą ją więź, nazywając to wolnością.

Trzeba jej jednakże oddać – pomyślała Laura z mimowolnym uznaniem – że jest twarda. Nie daje się sprowokować. Proszę, zacisnęła usta – jeszcze chwila, a opanuje się i zmusi do uśmiechu, jak gdyby nigdy nic. Laura przykucnęła i szybko zebrała rozsypane ołówki oraz okruchy szkła. Mama stała, nic nie mówiąc. Stała i patrzała – no, tak, proszę bardzo, oto już i ów uśmiech wybaczający na obliczu! – a cała jej sylwetka mówiła: „Idź sobie stąd!” – chociaż mama nie dała tego poznać nawet drgnieniem powieki. O, tak, pójdę sobie – pomyślała Laura zajadle. – Pójdę, ty… ty harpio. Zostaniesz ze swoim prawdziwym dzieckiem, a ja już nie potrzebuję twojej miłości. Wcale! Ale nie była to jednak prawda. Więź między nimi istniała nadal, i to całkiem mocna. Nadal też przewodziła uczucia: Laura spojrzała mamie w oczy i już wiedziała, że rozumie ona każde z tych niewypowiedzianych słów. Laura poczuła zarazem satysfakcję i ból. Więź trochę się nadrywała. A kiedy już całkiem się zerwie, nastanie wolność. I wówczas – zobaczymy, kto silniejszy! Prychnęła szyderczo, wpijając wzrok w oczy mamy, dopóki w tych oczach nie ukazały się łzy. Dopiero wtedy zwycięsko wyszła; czuła się tak, jakby opuszczała plac boju, pozostawiając za sobą zwłoki poległych. W każdym razie – drzwi huknęły za nią jak armata.

Ta część Jeżycjady jest dla mnie szalenie interesująca również z innego powodu. Mamy tutaj do czynienia z pewną dekonstrukcją rodziny idealnej. Pani Musierowicz pozwoliła sobie na pierwsze poważne rysy na ich wizerunku Borejków, co w moim odczuciu tylko ją urealniło. Pamiętacie scenę, kiedy to Tygrys prowokuje przy stole rozmowę o ojcu? No właśnie, może i prowokuje, ale jako rozgoryczone dziecko, natomiast dorośli nie chcą stawić czoła narastającemu problemowi. Na siłę “wygasza się” temat, znowu zamiatając wszystko pod dywan. Gabriela milczy jak kamień, pamiętając jedynie o swojej krzywdzie, zapominając przy tym, że dziecko po prostu musi znać swoje korzenie, ażeby spokojnie zbudować swoją własną tożsamość. I myślę, że tego właśnie Laura najbardziej poszukuje, swojej TOŻSAMOŚCI. Nie wie, ile w sobie ma z Pyziaków, a ile z Borejków. Nie wie czy chce być arogancka, czy może jednak coś zmienić. Nie wie, ale chce się dowiedzieć, a rodzina jej tego nie ułatwia. Przypomnijmy, że słyszała jak babcia nazywa ją złym dzieckiem. Sposobem na odnalezienie tych trudnych odpowiedzi jest dla niej podróż do Torunia, do siostry jej ojca, Almy.  A tam, jak wiecie, czekała na nią kilka niespodzianek. Po pierwsze ta nader dramatyczna postać potrafi doskonale dopasować rzeczywistość do swojej narracji. 

No, tak. Cóż. Ot i historia. W obcym mieście. Jak sierota. Jak wypędzona z domu przez macochę biedna, szlachetna dziewczynka. Bez pieniędzy, bez znajomych, bez dachu nad głową… Porzucona. Odepchnięta. Zapomniana. I za co? Za co? Dobrze więc. Będzie się teraz błąkać samotnie ulicami miasta, powłócząc słabnącymi nogami. Będzie się wałęsać jak bezdomny pies, którego nikt nie potrzebuje i nikt nie kocha. Wyrzutek. Odszczepieniec. Wyszła z kamieniczki na zimny wiatr. Jestem chora – pomyślała. – Chora… Ciotka Natalia leży sobie teraz w łóżku. Babi tak samo. Każdy, kto w domu zachoruje, ma prawo wyleżeć się w cieple, a mama koło niego chodzi, dogadza mu i podaje lekarstwa. Tylko ja, ja jedna, wygnana, na obczyźnie… Boże, Boże, kto widział podobną zbrodnię? Chyba tylko Szekspir! Żeby dziecko, chore, musiało się błąkać po śniegu, bez dachu nad głową, bez żadnej opieki?! I to ma być matka. Matka?! Ona jest gorsza niż macocha!

No cóż… Laura, nawet gdy z premedytacją ucieka, to i tak łaknie miłości. Poczucia, że jest ważna. Sprawdzanie granic cierpliwości jej rodziny to nieustanna próba sił, której celem jest nie tylko postawienie na swoim, Tygrys pragnie ciągłego zapewniania o miłości i wielkiej akceptacji. A że robi to karkołomnie, zgodnie z sobie tylko znaną logiką, to inny temat.

W Toruniu doszło do poważnego zderzenia z rzeczywistością, ciotka Alma nie jest sympatyczna i nie zależy jej w najmniejszym stopniu na poznaniu bratanicy. Tymczasem Janusz Pyziak również ma się bardzo dobrze, że swoją żoną i dziećmi w Brazylii. Zachowanie Almy wprawia Laurę w zakłopotanie, ponieważ w jej domu nikt nigdy nie wykazywał się takim chamstwem. Słowem, Pyziakowie nie są tacy, jak nasza bohaterka sobie wyobrażała, a Tygrys jednak jest bardziej borejkowska niż sądziła. Po powrocie domu mimowolnie w przypływie uczuć przeprosiła jednak matkę, jednak nie jest to happy end z długofalowym efektem. 

Skupiłam się na Tygrysie i Róży, ale jak wiecie, samotna i intensywna walka z rodziną i samą z sobą u Laury trwała jeszcze kilka lat. W Języku Trolli dowiadujemy się, że Laura finalnie spotkała ojca. W kolejnych częściach w ramach emancypacji od wpływów rodziny postanawia spontanicznie wyjść za mąż, przy czym sama nie potrafi rozeznać się w swoich uczuciach do Wolfiego. To raczej manifest jej niezależności. Tuż przed ślubem dokonuje podobnego zabiegu, jak i we wcześniejszym przytoczonym fragmencie, bombarduje nieobecną matkę pretensjami o brak zainteresowania córką w tak ważnym dniu, choć to ona sama zainicjowała ślub w tajemnicy. A matka jak zwykle nie zawiodła, przybyła, wraz z całą rodziną, nawet z wiarołomnym ojcem, na co Laura zareagowała agresywnym odwołaniem ślubu. Jakiś czas później dochodzi do wniosku, że tak naprawdę niewiele ją z Wolfim łączyło. A zatem chodziło o kolejny bunt wobec rodziny.

Przełomowym momentem w jej życiu okazał się dopiero wypadek samochodowy Gabrieli. Budowany przez wiele lat przez Laurę mur po prostu pękł, perspektywa utraty matki wzbudziła w niej niezwykle silne uczucia. I chyba pierwszy raz od lat dziecięcych powiedziała jej, że ją kocha. Dopuszczenie do głosu naturalnych, jak dotąd blokowanych uczuć, pozwoliło jej zbliżyć się nawet do brata, któremu dosłownie wypłakała się w rękaw i pozwoliła przytulić. Jak to słusznie zauważył Józinek: siedzieli tak ze sobą, jak brat z siostrą. A ten finalny przełom to uczucie do Adama, które wprowadziło do jej życia od dawna wyczekiwany spokój. Poznając rodzinę Adama Fidelisa i przebywając z jego ojcem, chyba w końcu zrozumiała, że nie musi rozstrzygać, do kogo jest podobna. Może być indywidualną jednostką, budującą swój własny świat, na podstawie solidną rodzinę. I chyba tak poczuła się u Fidelisów. A co najważniejsze kres jej wielkiej życiowej szarpaninie między złym a dobrym, położył człowiek na wskroś spokojny i poukładany. Znalazła również pasję, która dodaje jej skrzydeł, a staje się także pracą. Podziw jej wybitnego sopranu na pewno dodał jej skrzydeł!

Jeżycjada jest mocno spolaryzowana, na ogół dostajemy w niej proste podpowiedzi, kogo mamy lubić, a kogo nie. Białe jest białe, czarna jest czarne. Ktoś mógłby w tej chwili przypomnieć nam o Kłamczusze, jednak Aniela raczej nie raniła kogoś celowego, nałogowo kłamała, co było jej sposobem na koloryzowanie rzeczywistości. A więc Tygrys w takim odniesieniu jest dużo trudniejszym przypadkiem. W większości pamiętamy jej złe postępki, teraz jednak dochodzę do wniosku, że to w głębi duszy wrażliwa dziewczyna, która nie umie odpowiedzieć sobie na pytanie o to, kim jest. 

Na Facebooku wiele osób pisało, że nie lubi Laury i chętnie by się jej pozbyło z Jeżycjady. Uwierzcie mi, bez niej Jeżycjada nie byłaby tak ujmującą. Jak już kiedyś wspominałam, dla mnie Laura to sól borejkowej ziemi. Wnosi do niej życie, tematy gorzkie, trudne i przykre. Walczy ze sobą, tak jak wielu z nas. Dzięki niej Jeżycjada jest nieco bardziej ambitna, niełatwo jest wprowadzić taką postać do grzecznego świata Borejków, który znamy i kochamy.

Myślę, że najlepszym podsumowaniem mojej refleksji o Laurze będzie cytat Seneki, użyty w Tygrysie i Róży.

O, jak dobrze byłoby dla niektórych ludzi, gdyby mogli uciec od siebie samych! Cóż pomoże wyprawa zamorska czy przeprowadzka do innego miasta? Jeżeli chcesz umknąć przed tym, co cię gnębi, trzeba ci być innym, nie gdzie indziej.

Tygrysie, dobrze, że jesteś! Dobrze, że poszukujesz!

Wszystkie użyte ilustracje są autorstwa Małgorzaty Musierowicz i pochodzą ze strony musierowicz.com.pl

Cytaty pochodzą z części Tygrys i Róża.


2 odpowiedzi do „Laura Pyziak i jej trudna miłość”

  1. Awatar Agnieszka Halicka
    Agnieszka Halicka

    Świetny tekst. Zgadzam się, bez Laury Jeżycjada byłaby mdła

  2. Awatar Małgorzata D.
    Małgorzata D.

    Wow, jestem pod wrażeniem pięknej i celnej analizy zachowań rodziny Borejków, niezwykle ciekawie Pani pisze, będę tu zaglądać bo też jestem fanem Jeżycjady.

Skomentuj Małgorzata D. Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *