Są takie filmy, które oglądasz i myślisz: „To mógłby być świat Jeżycjady”. Nie dlatego, że fabuła jest podobna. Nie dlatego, że bohaterowie mówią po polsku albo mieszkają w Poznaniu. Ale dlatego, że czujesz ten sam klimat – ciepło przebijające przez pozorny chłód, wartość relacji, które powstają w najbardziej nieoczywistych okolicznościach, i przekonanie, że nawet najbardziej zgryźliwy człowiek nosi w sobie coś miękkiego.
„Przesilenie zimowe” to właśnie taki film.
Nauczyciel, którego znamy
Paul Hunham – nauczyciel historii starożytnej w prestiżowej szkole z internatem – mógłby spokojnie zasiąść przy świątecznym stole Borejków i prowadzić zażarte dyskusje z dziadkiem Ignacym. Obaj kochają antyk tą miłością, która dla postronnych wydaje się przesadna, może nawet śmieszna. Obaj cytują łacińskie sentencje z taką naturalnością, jakby to był codzienny język. Obaj potrafią być… trudni.
Bo Paul jest trudny. Zgryźliwy, wymagający, nielubiany przez uczniów i kolegów. Z usposobienia trochę jak profesor Dmuchawiec, który prowokował pokolenia uczniów swoimi standardami i złośliwościami. A jednak w przypadku Paula – tak jak w przypadku Dmuchawca – za tą fasadą kryje się człowiek, który po prostu nie bardzo umie inaczej. Który swoją surowością maskuje coś delikatniejszego.
Rodzina, której się nie wybiera
Grudniowa przerwa świąteczna. Większość uczniów wyjeżdża do rodzin. Zostają ci, którzy z różnych powodów nie mają dokąd jechać. I Paul, który też nie ma dokąd. I Mary – kucharka, której syn niedawno zginął.
Troje ludzi, którzy normalnie by się nie spotkali. Którzy nie mają ze sobą nic wspólnego poza tym, że wszyscy są samotni w święta.
W Jeżycjadzie rodzina też nie zawsze jest tą, w której się urodziło. Gieniusia – dziecko z rozbitej dysfunkcyjnej rodziny, szukające swojego miejsca. Ile postaci w cyklu Musierowicz znajduje prawdziwy dom nie tam, gdzie go oczekiwało? Ile osób odkrywa, że rodzina to nie tylko więzy krwi, ale przede wszystkim ludzie, którzy nas chcą?
Paul, Angus i Mary tworzą podczas tych dwóch śnieżnych tygodni coś, co trudno nazwać inaczej niż rodziną. Przypadkową, nieprawdopodobną, ale prawdziwą.
Przyjaźń z najbardziej nieoczywistymi ludźmi
Jest coś pięknego w tym, jak „Przesilenie zimowe” buduje relacje między postaciami. Nie ma tu nagłych przełomów, dramatycznych wyznań, scen z łzami spływającymi po policzkach. Jest powolne, czasem bolesne zbliżanie się do siebie ludzi, którzy początkowo są sobie obcy – albo wręcz wrogo nastawieni.
Paul i Angus zaczynają od wzajemnej niechęci. Surowy belfer i problematyczny nastolatek. Klasyczny konflikt. Ale gdzieś między sarkastycznymi uwagami, wspólnymi wycieczkami i rozmowami o starożytności rodzi się coś nieoczekiwanego. Nie przyjaźń w tradycyjnym sensie – raczej wzajemne zrozumienie, że obaj noszą w sobie rany, których nie pokazują światu.
W Jeżycjadzie też mamy takie przyjaźnie. Nietypowe, przekraczające pokolenia, łączące ludzi, którzy na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego. Bo Musierowicz – tak jak twórcy tego filmu – wie, że najcenniejsze relacje powstają właśnie wtedy, gdy przestajemy dzielić ludzi na kategorie.
O przeszłości, która nie musi definiować przyszłości
Jednym z najpiękniejszych wątków filmu jest to, jak bohaterowie uczą się, że nie są przywiązani do swojej przeszłości. Że mogą wybrać własną przyszłość.
Paul nosi w sobie gorycz niespełnionych ambicji. Angus – ból rodzinnych sekretów. Mary – żałobę po stracie dziecka. Każde z nich mogłoby pozostać w tym bólu na zawsze. Mogłoby pozwolić, żeby przeszłość definiowała całe życie.
Ale nie pozwalają.
Czy nie o tym samym pisze Musierowicz? O postaciach, które mimo trudnych doświadczeń – porzucenia, straty, rozczarowań – znajdują w sobie siłę, żeby iść dalej? Które uczą się, że rana nie musi być wyrokiem? Przypomnijmy sobie Aurelię, Laurę, Gabrielę, Robrojka, babcię Jedwabińską…
Dlaczego warto obejrzeć?
„Przesilenie zimowe” to film wolny. Nie ma tu fajerwerków, zwrotów akcji, wielkich dramatów. Jest ciepło, które przebija przez śnieg. Są dialogi pełne inteligentnego humoru i łacińskich cytatów (dziadek Ignacy byłby zachwycony). Jest wzruszenie, które nie jest wymuszane, tylko przychodzi naturalnie, bo zaczyna ci zależeć na tych ludziach.
To film o tym, że święta to nie tylko tradycje i rodzinne spotkania. Że czasem najpiękniejsze chwile zdarzają się tam, gdzie ich nie szukamy. Z ludźmi, których nie wybraliśmy.
Zupełnie jak w Jeżycjadzie.
Mistrzowskie kino i wyjątkowa obsada
Za „Przesileniem zimowym” stoi Alexander Payne – reżyser, który zachwycił świat „Bezdrożami” i „Spadkobiercami”. Po sześciu latach przerwy wrócił z filmem, jakiego w dzisiejszym Hollywood prawie się nie robi. Bez efektów specjalnych, bez wielkich budżetów. Za to z sercem i postaciami, na których naprawdę ci zależy. Z efektem starej kliszy.
Paul Giamatti w roli profesora Hunhama daje występ życia – nominację do Oscara otrzymał absolutnie zasłużenie. To aktor, który potrafi balansować na granicy komedii i tragedii, tworząc postać jednocześnie irytującą i wzruszającą.
Prawdziwym odkryciem jest jednak Dominic Sessa jako zbuntowany Angus. To jego debiut aktorski – wcześniej nie zagrał w żadnym filmie! A mimo to jego kreacja jest tak naturalna, że momentami zapominasz, że oglądasz aktora. Za tę rolę otrzymał nominację do nagrody BAFTA – nieczęsto zdarza się taki start kariery.
I wreszcie Da’Vine Joy Randolph jako kucharka Mary. Za tę rolę zdobyła wszystko: Złoty Glob, nagrodę BAFTA i Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej. Słusznie – bo potrafi skruszyć serce jednym spojrzeniem.
Sam film otrzymał pięć nominacji do Oscara, w tym za najlepszy film roku i najlepszy scenariusz oryginalny. W dobie superbohaterów i sequeli – to rzadkość, że tak kameralne kino trafia do najważniejszych kategorii.
Film możecie obejrzeć na: Canal +, Amazon Prime Video, Apple TV, Player.
Czy macie swoje świąteczne filmy, które pasowałyby do świata Borejków?








Skomentuj Tadeusz Anuluj pisanie odpowiedzi