Co czytamy w czerwcu? Jeżycjada w upale, czyli lato, które można poczuć

Czerwiec ma swój zapach. To woń rozgrzanego asfaltu po pierwszej burzy, świeżo skoszonej trawy i truskawek, które puszczają sok w papierowej torebce. To ten szczególny moment, kiedy człowiekowi „od razu lżej się oddycha”, bo rok szkolny dobiega końca (chociaż już dawno się ją skończyło), a przed nami wyczekane wakacje. I wiecie co? Mam wrażenie, że nikt nie potrafi przelać tego uczucia na papier tak, jak pani Musierowicz.

Bo Małgorzata Musierowicz jest mistrzynią aury ciepłych miesięcy. Nie chodzi tu o suchy opis pogody: „było słonecznie i gorąco”. Chodzi o coś znacznie subtelniejszego: o światło łapane w kryształku pierścionka, o słup żaru buchający z rozgrzanego samochodu, o aleję, którą słońce wypełnia „jak miód butelkę”. Czytając te książki, naprawdę czujesz czerwiec. Mrużysz oczy, ocierasz pot z czoła, wdychasz zapach wilgotnej ziemi po deszczu. A to chyba najwyższa forma pisarskiego czarodziejstwa.

Dziś zabieram Was zatem na wycieczkę po tych częściach Jeżycjady, które rozgrywają się właśnie w czerwcu. Są trzy — i każda po swojemu opowiada nam o cieple.

Dziecko Piątku — piątek, 25 czerwca 1993

Zacznę od mojej ulubionej, bo jakże mogłabym inaczej. Dziecko Piątku otwiera się dokładnie w dniu zakończenia roku szkolnego, kiedy w opustoszałej szkole zostaje tylko jedna mała dziewczynka, Aurelia Jedwabińska i stary woźny, pan Jankowiak. I już na pierwszej stronie dostajemy ten cudowny, ulgowy oddech wakacji:

Od razu człowiekowi lżej się oddycha.

A potem, kiedy deszcz cichnie i przez witraż przebija się słońce, Musierowicz robi coś, czego nikt inny nie umie zrobić tak pięknie:

Strzałka słońca przeszyła witraż, posadzkę pocięły kolorowe romby, a na dłoni Aurelii usiadła ciepła plamka w kolorze kurczątka.

Czujecie to ciepło na dłoni? Ja czuję. I wciąż mnie zachwyca, że smutek osieroconej dziewczynki autorka oprawia w taką delikatną, świetlistą ramę.

Czerwiec w Dziecku Piątku pachnie. Pachnie drożdżowym plackiem stygnącym na parapecie u Borejków — „pachniało nawet na ulicy Roosevelta”. Pachnie świeżością po ulewie:

Chłodne powietrze pięknie pachniało po deszczu, słońce zapalało ostre błyski w rozległych kałużach.

A kiedy bohaterowie wyruszają samochodem na wieś, dostajemy chyba najpiękniejszy obraz wielkopolskiego lata w całej serii: drogę przez kwitnący rzepak, maki w rowach, pnące róże na ścianach domków i zapach czarnego bzu wpadający przez uchylone okno:

Taka szybka, łatwa jazda przez zielone pola i pachnące lasy, gładką asfaltową szosą, była może najlepszym lekarstwem na wszelkie smutki i kwasy.

I to jest właśnie to. Lato u Musierowicz bywa lekarstwem na smutek.

Dlaczego Dziecko Piątku jest moją ukochaną częścią, pisałam szerzej w osobnym tekście „Czego nauczyłam się od Aurelii Jedwabińskiej i jej bliskich?”. Tu powiem tylko, że to opowieść szalenie wzruszająca i skłaniająca do refleksji, a dorosłą, eteryczną Aurelię cenię nawet bardziej niż dziewczęcą Geniusię. Mój egzemplarz jest cały w zaznaczonych cytatach i nieprzypadkowo zawsze sięgam po niego w pociągu, kiedy za oknem przesuwa się to samo, leniwe, czerwcowe lato.

Nutria i Nerwus — środa, 22 czerwca 1994

Jeśli czerwiec w Dziecku Piątku jest ciepły i świetlisty, to w Nutrii i Nerwusie jest po prostu gorący. Lepki, duszny, miejski upał, który daje się we znaki całemu Poznaniowi. Książka zaczyna się wybawieniem — burzą, na którą cała udręczona spiekotą dzielnica reaguje chórem ulgi:

Tuż przed północą przetoczył się nad Poznaniem patetyczny, wagnerowski grzmot, a mieszkańcy, udręczeni spiekotą ostatnich tygodni, wznieśli w odpowiedzi — wszyscy naraz — tysiące okrzyków ulgi.

Cofnijmy się jednak do feralnego, gorącego dnia, który tę noc poprzedził. Biedna Natalia wlecze się z Tuniem aleją Wielkopolską i tu pada zdanie, które uwielbiam, jeden z tych obrazów, po których od razu poznać rękę Musierowicz:

ponieważ prowadziła prosto na zachód, słońce wypełniało ją jak miód butelkę.

Słońce gęste jak miód. Cóż za metafora! W tym „okropnym, lepkim upale” wszystko staje się trudniejsze — myśli kłębią się jak rozdrażnione upałem dzieci nad stawkiem Sołackim, a truskawki z koszyczka rozłażą się w palcach. To czerwiec widziany z perspektywy kogoś, komu jest za gorąco, by myśleć trzeźwo i właśnie dlatego tak prawdziwy.

Sprężyna — u progu wakacji, w fali afrykańskiego żaru

Najmłodsza z naszej trójki Sprężyna zaczyna się od mistrzowskiego opisu nadciągającej fali upału. Po śnieżnej Wielkanocy wiosna wygrała „zwycięstwo pyrrusowe”, wszystko zakwitło i natychmiast przywiędło, bo prosto znad Afryki nadciągnęły masy gorącego powietrza. A potem:

W feralny piątek słońce już od rana paliło jak w Tangerze.

Akcja toczy się tuż przed zakończeniem roku szkolnego, w tygodniu, w którym oddychać się nie da. Musierowicz oddaje ten żar wręcz fizycznie, kiedy Gabriela wychodzi z chłodnego domu, „gorący wiatr uderzył ją w twarz”, a z otwartego samochodu „buchnął słup żaru”. Każdy, kto kiedykolwiek wsiadał latem do auta stojącego w słońcu, wie dokładnie, o czym mowa.

Ale upał w Sprężynie ma też swoją piękniejszą twarz. Jest scena w ogrodnictwie „Daglezja”, gdzie wśród szmaragdowych połaci szumią deszczownie:

Gdzie spojrzeć, szumiały deszczownie, zraszając sektory pełne roślin i nasycając powietrze miłym zapachem wilgotnej ziemi.

I jest mój ulubiony, cichy, domowy obrazek tego lata. Wielkie pranie, które „wyschło dziś na tym słońcu w mgnieniu oka”, i Patrycja wtulająca nos w pachnące, ciepłe od słońca prześcieradła. Bo czyż jest na świecie zapach bardziej letni niż ten?

Czerwiec na półce

I to właśnie jest sekret pani Musierowicz. Ona nie opisuje lata, ona je nam podaje. Ciepłą plamkę na dłoni, słup żaru z samochodu, słońce gęste jak miód, prześcieradło pachnące słońcem. Trzy czerwce, trzy różne odcienie ciepła: świetlisty i kojący w Dziecku Piątku, duszny i lepki w Nutrii i Nerwusie, rozżarzony do białości w Sprężynie.

Jeśli więc szukacie czegoś na czerwcowe popołudnie, najlepiej w cieniu, z mrożoną herbatą pod ręką, to sięgnijcie po którąś z tych części. Gwarantuję, że poczujecie na skórze to samo słońce, co bohaterowie. A może, jak ja w pociągu, zatracicie się w nich tak, że nie zauważycie, kiedy minie całe popołudnie.

A Wy? Która czerwcowa Jeżycjada jest Waszą ulubioną?


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *