Są takie części Jeżycjady®, do których wraca się jak do ulubionej piosenki, od pierwszych taktów wiadomo, że będzie dobrze. Dla mnie Córka Robrojka jest właśnie taką książką. Otwieram ją i już w pierwszym akapicie tramwaj numer 9, „gorejąc w słońcu jak pomarańcza”, wysadza na przystanku przy Alei Wielkopolskiej niewysoką, krągłą dziewuszkę z plecakiem i już wiem, że przez najbliższe kilka godzin nigdzie się stąd nie ruszę.
Bo Córka Robrojka to dla mnie jedna z najpiękniejszych i najmądrzejszych części całej serii. Powieść o brzydocie i pięknie, o pierwszej miłości (i to niejednej!), o ojcu i córce, którzy mają tylko siebie i o tym, że baśń Madame de Villeneuve może się wydarzyć naprawdę, w lipcu 1996 roku, wśród róż pnących w kolorze mocnej herbaty.
Lipiec 1996 — Robrojek wraca do Poznania
Zacznijmy od tego, że sam powrót Robrojka do serii to dla fanów Jeżycjady® czysta radość. Robert Rojek, wierny przyjaciel Gabrysi z czasów ESD, znika nam z oczu na kilkanaście lat i nagle staje w drzwiach mieszkania na Roosevelta, posiwiały, wąsaty, a Gabriela rzuca mu się na szyję z mokrymi oczami. „No i co? Spadłeś z nieba?”
Nie spadł. Przyjechał z Łodzi, z szesnastoletnią córką i z całym bagażem trudnych spraw. Owdowiał, gdy Bella miała rok. Stracił pracę, sprzedał wyremontowany własnymi rękami domek, a w Poznaniu przyjął upokarzający układ: rodzina Rojków może mieszkać w domku dla ogrodnika na Sołaczu — na posesji pana Majchrzaka — dawnego kolegi z drukarni, człowieka, którego trudno polubić od pierwszej sceny (i, uwierzcie, z każdą kolejną jest tylko gorzej).
I tu ciekawostka topograficzna: to nie są Jeżyce! Akcja toczy się na Sołaczu, wśród starych willi, kasztanowej promenady i ogrodów kipiących różami. Musierowicz opisuje tę dzielnicę tak, że wygląda „jak dekoracja do filmowej baśni” i to nie jest przypadkowe porównanie. Dekoracja do baśni już stoi. Zaraz wejdą na scenę Piękna i Bestia.
Bella, czyli dziewczyna, która naprawia świat (dosłownie)
A teraz o niej. Bo Arabella Rojek — proszę mówić: Bella, „zdrobniale” — jest jedną z moich absolutnie ukochanych bohaterek całej Jeżycjady®.
Pani Małgorzata robi z nią coś, na co w literaturze młodzieżowej mało kto się odważa. Bella nie jest ładna. Nie jest to ani przemilczane, ani ckliwie osłodzone. Jest niska, pulchna, perkata i sama narracja mówi to wprost. A jednocześnie od pierwszej strony nie sposób oderwać od niej oczu, bo jej jasnobłękitne oczy „patrzały spomiędzy rzęs — też jasnych — mocno i trzeźwo”. Trzy warkoczyki, w tym jeden okręcony czerwonym sznurowadłem, dyndający tuż przed lewym okiem. Zielony pas karate. I energia, którą czuć przez papier.
Bella jest dzielna w sposób, który rozczula i imponuje jednocześnie. W ciągu pierwszej doby u Borejków naprawia im hałasujące od lat rury (pół godziny, skrzynka z narzędziami ze spiżarni, zdumienie pani Mili bezcenne). Kiedy Józinek wylewa wazon na głowę Ignacego Grzegorza, Bella bez słowa podnosi obu sczepionych malców, wsadza sobie po jednym na ramię i wynosi do łazienki. Umie przeczyścić gaźnik, wstawić szybę, zmienić koło. W wakacje sama, po cichu, idzie do pracy w drukarni, żeby dołożyć się do domowego budżetu.
Ale moja ulubiona scena z małą Bellą to wspomnienie ojca: dwuletnia, grubiutka dziewczynka staje przed lustrem, przygląda się sobie i cmoka z zachwytem: „Ach, ach, jaka śliczna!”. W tym jednym obrazku jest cała Bella — dziewczyna, która nigdy nie zwątpiła w siebie. I całe pytanie tej książki: skąd się bierze ta tajemnicza wewnętrzna siła, którą jedni mają, a inni nie?
Robrojek i lęk o córkę — najczulszy wątek tej powieści
Zanim przejdziemy do Bestii, muszę się zatrzymać przy fragmencie, który za każdym razem ściska mnie za gardło. To wewnętrzny monolog Roberta: „Bogu dzięki, miał przecież córkę. Wspaniałą córkę. Nie była ładna. Niestety.”
Robrojek, człowiek, który całą młodość przewalczył o Anielę Kowalik (tak, tak — o TĘ Anielę, Kłamczuchę!) i przegrał, jest przekonany, że należy do „gatunku nieatrakcyjnych” — ludzi, których świat dyskwalifikuje na starcie. I jego jedynym prawdziwym lękiem jest to, że córkę może czekać ten sam los. Więc nadrabia miną, żartuje, prawi jej komplementy, uczy ją wszystkiego — naprawiania pralek, języków, walk Wschodu — „żeby nie musiała nikogo prosić o łaskę, żeby była niezależna”.
Wiecie, co jest w tym najpiękniejsze? Że Robert się myli i nie myli jednocześnie. Bo Bella rzeczywiście nie zostanie królową piękności. Ale ta wewnętrzna siła, o którą tak pyta ta książka — to jest dokładnie to, co on sam jej dał. Codziennym byciem obok, niespanikowaniem, czekoladą z migdałami schowaną w pojemniku na chleb w dniu szesnastych urodzin. Córka Robrojka to jeden z najczulszych portretów ojcostwa w całej serii i chyba w ogóle w polskiej literaturze młodzieżowej.
Przeszczep — Bestia zza kamiennego muru
No dobrze. A teraz on.
Za murem willi Majchrzaków mieszka ktoś, kogo mały Mateusz — sąsiad, domorosły detektyw i miłośnik MacGyvera — nazywa Przeszczepem. Dlaczego? „Czy ty go widziałaś? (…) Jak zobaczysz, to zrozumiesz.” Chłopak wygląda bowiem jak potwór z Frankensteina Jamesa Whale’a z 1931 roku: dwa metry wzrostu, stopy jak kajaki, guzy na czole, ciężka szczęka, a do tego cały obłazi ze skóry po oparzeniu słonecznym. Siedemnastolatek z szlabanem na całe wakacje — za telefon o bombie podłożonej w liceum. Wożony mercedesem, pilnowany, nienawidzony przez pół okolicy i, co gorsza, chyba przez własnych rodziców. W anonimowym liście nazwie ojca po prostu Tyranem.
Pierwsze spotkanie Belli z Przeszczepem to zresztą scena jak z horroru komediowego: dziewczyna zrywa różę z ogrodu, zza krzaków wyłania się postać w masce goryla, Bella — zamiast uciekać — zrywa mu maskę z głowy. A on wpada w furię, wyrywa jej różę zza ucha i miażdży ją butem, ryczac przy tym „całkiem jak Karloff”.
I teraz uwaga, bo tu jest klucz do tej postaci. Ten wściekły, brzydki chłopak, który rzuca pomidorami w gipsowego krasnala sąsiadów, wyzna później z rozbrajającą szczerością: „Nie znoszę brzydoty. Sam jestem wystarczająco brzydki, żebym nie musiał oglądać w okolicy innych potworków. Chcę, żeby wokół mnie panowało wyłącznie piękno.”
I on to piękno tworzy. Bo ten ogród, który tak zachwycił Bellę już przy furtce — te róże w kolorze mocnej herbaty, te „istne cuda” wszystkich możliwych odmian — to jego dzieło. To Przeszczep uratował ogród przed spychaczem ojca, to on jeden wiedział zimą, co śpi pod ziemią. „Przecież to przyjemność — rzekł Przeszczep. — Jedyna, zresztą.”
Czy można tego chłopaka nie polubić?
„Przecież to ja jestem Bestią” — baśń, która dzieje się naprawdę
Metafora Pięknej i Bestii nie jest w tej książce moją interpretacją doczepioną na siłę. Pani Małgorzata wpisuje ją w tekst wprost, ustami samego bohatera — i robi to w sposób, który do dziś uważam za jeden z najodważniejszych zabiegów w całej serii.
Bo oto Bella znajduje list. Anonimowy, podrzucony przez okno (pomyłkowo na poduszkę taty i sama scena, w której speszony Robrojek tłumaczy się, że „już nie mógł przestać czytać”, jest przezabawna). A w liście — wyznanie, od którego przechodzą ciarki: „Ty jesteś Bella — Piękna. Czy znasz baśń Madame de Villeneuve? Przecież to ja jestem Bestią.” I dalej, słowami Bestii z baśni: „Moja Piękna, kocham Cię czule. Przeniknij pozory, które mnie skrywają. (…) Uratuj mnie. Ty jedna możesz mnie uratować.”
Autor listu widzi w Belli coś, czego nie widzi świat oceniający po okładce: „cała ta perkatość i pulchność zostały przyćmione silnym blaskiem Twojej indywidualności — różowe ciepło, błękitnawe zamyślenie, złocista pogoda”.
I tu jest cały urok tej powieści. Bo Musierowicz opowiada baśń o Pięknej i Bestii, w której nikt nie jest klasycznie piękny. Piękna jest niska i pulchna, jej ojciec ma nos jak gruszka, a Bestia wygląda jak Boris Karloff. A mimo to — a może właśnie dlatego — to jest najprawdziwsza wersja tej baśni, jaką znam. Bo „przeniknij pozory” działa tu w obie strony: Bella musi przejrzeć przez wygląd i furię Czarka, ale i Czarek jest pierwszą osobą spoza rodziny, która naprawdę zobaczyła Bellę.
Uwielbiam też to, że sama Bella wcale nie wchodzi w tę baśń potulnie. Kiedy tata podarowuje jej na urodziny przedwojenne, antykwaryczne wydanie Pięknej i Bestii (bo w księgarniach był już wtedy tylko Disney!), Bella czyta ją w nocy u Borejków i… tak się irytuje, że nie może zasnąć. Jak ją rozumiem! Bella nie jest dziewczyną, która chce „tylko rozpuścić włosy i ładnie wyglądać” — jak jej każe Przeszczep podczas kręcenia amatorskiego filmu pod starą wieżą spadochronową (scena z King-Kongiem, laleczką Barbie i Mateuszem za kamerą to zresztą czyste złoto komediowe). Ona nie zamierza nikogo zbawiać na baśniowych warunkach. Ona po prostu przychodzi, siada na kanapie i rozmawia z nim jak z człowiekiem. O różach. O filmach. Wprost.
A kiedy w kluczowej rozmowie Czarek mówi cicho: „To, że przyszłaś — znaczy, że życie ma sens”, Bella odpowiada z całą swoją trzeźwością: „Jakbym nie przyszła, też by miało.” I to zdanie jest może najmądrzejszym zdaniem w całej książce. Bo Bella ratuje Czarka nie tak, jak ratuje się w baśniach — jednym pocałunkiem znoszącym klątwę — tylko tak, jak ratuje się naprawdę: obecnością, uwagą i uporczywym traktowaniem go jak wartościowego człowieka, aż sam zacznie w to wierzyć.
Choć nie ukrywajmy — kiedy państwo Majchrzakowie wyrzucają ją z domu z krzykiem, a Bella maszeruje potem równym krokiem obok Mateusza i mówi: „Nic, nic. (…) Ja tylko płaczę” — serce pęka.
Setki róż zamiast pocałunku
O finale wątku Belli i Cezarego powiem tylko tyle: kiedy Rojkowie przeprowadzają się na poddasze przy Teatralce, pod dom podjeżdża furgonetka, a w niej — obok mebli — kubły, wiadra i miednice pełne róż. Setki, tysiące róż we wszystkich kolorach, ścięte co do jednej w ogrodzie Przeszczepa. A na końcu — kosz z drzewkiem jego ukochanej róży Bonica. Chłopak, dla którego ogród był jedyną radością życia, ogołocił go w całości dla Belli.
Narrator komentuje: „To było naprawdę piękniejsze niż najbardziej nawet romantyczny list.” I ja się pod tym podpisuję obiema rękami.
A ostatnia scena książki — 2 września, aula liceum Żeromskiego, „ten od bomby” wchodzący do klasy o kulach, w garniturze od Cardina, i bursztynowa broszka-róża wędrująca z ławki do ławki z karteczką „Cezary” — to jest zakończenie, po którym chodzi się uśmiechniętym przez resztę dnia. Uszy Cezarego robią się purpurowe. Moje serce też.
A w tle: Robert i Natalia, czyli druga baśń tej książki
I jeszcze ten wątek, który rozwija się dyskretnie, gdzieś na drugim planie, a który kocham chyba równie mocno jak historię Belli.
Robert wraca przecież do Poznania z cieniem Anieli w sercu — pierwszej miłości, o którą „walczył całymi latami. I przegrał.” Aniela jest teraz sławną aktorką, jej głos płynie z radia, a Bella (która w lot wyczuwa zagrożenie i robi się urocza zazdrosna o tatę) podejrzewa najgorsze: że to dla Anieli ojciec wybrał Poznań. Konfrontacja z mitem pierwszej miłości następuje zresztą w scenie tyleż zabawnej, co wyzwalającej — i powiem tylko, że czasem trzeba zobaczyć dawną miłość z bliska, w pełnym makijażu, żeby wreszcie od niej odetchnąć.
Bo prawdziwa historia dzieje się gdzie indziej. Pamiętacie sylwestra 1977/78 z Kwiatu kalafiora, kiedy pogotowie zabrało mamę Borejko? To Robrojek zawiózł wtedy Gabrysię syrenką na ostry dyżur, a potem wrócił na Roosevelta uspokajać zapłakane dziewczynki i o pierwszej w nocy opowiedział małej Nutrii bajkę „o czterech żabach, z których najdzielniejsza miała na imię Natalia”. On sam nic z tego nie pamięta. Ona pamięta „wszystko-wszystko”.
I teraz, po latach, ta dorosła Natalia — wrażliwa, poetyczna, wciąż uwikłana w niekończącą się, wyczerpującą relację z Filipem Bratkiem — zaczyna dostrzegać obok siebie człowieka, który nigdy nie błyszczał, ale zawsze był. Ich wątek jest utkany z drobiazgów: wspólny powrót w ulewie, mycie rąk nad kuchennym zlewem, teatr, milczenie, które nie ciąży. Żadnych fajerwerków. Sama obecność.
A finał tego wątku — scena z bladofioletowymi astrami kupionymi na Rynku Jeżyckim, z pomyłką pani Mili, która bierze bukiet dla siebie („Jak to miło, że pan pamiętał!”), i z Robertem stojącym w przedpokoju, zbitym z pantałyku — kończy się zdaniem, które uważam za jedno z najpiękniej napisanych wyznań w całej Jeżycjadzie®: „Twarz Robrojka zmieniła się w jednej chwili, jakby odbiły się w niej, jak w lustrze, uczucia Natalii. W ten właśnie sposób dowiedziała się, że się śmieje i że jest szczęśliwa.”
Zauważcie: to jest przecież ta sama historia, co na parterze fabuły. Robert, samozwańczy członek „gatunku nieatrakcyjnych”, człowiek, który „nawet nie dał nigdy kwiatów żadnej dziewczynie” — zostaje zobaczony. Przeniknięto jego pozory. Piękna i Bestia raz jeszcze, tylko ciszej, dojrzalej, po dorosłemu.
Kilka ciekawostek na koniec
Córka Robrojka ukazała się w 1996 roku i jest chyba najbardziej „sołacką” częścią serii — zamiast Jeżyc dostajemy kasztanową promenadę Alei Wielkopolskiej, stare wille i ogrody, a Rynek Jeżycki i Roosevelta pojawiają się gościnnie. To także mała kapsuła czasu połowy lat 90.: surfinie na balkonach jako „ostatni krzyk mody”, Frankenstein „pokazywany chyba na Polsacie”, kult MacGyvera, kara za fałszywy alarm bombowy licząca „pięćdziesiąt starych milionów” i realia bezrobocia, przez które Robert w ogóle trafia do Poznania.
Smakowitym kąskiem dla fanów jest też sieć powiązań z resztą serii: na kartach powieści odbywa się ślub Ełki z Tomaszem Kowalikiem (tak, kuzynem Anieli!), dzięki któremu zwalnia się poddasze u państwa Kowalików. A wychowawcą klasy Belli w liceum Żeromskiego zostaje… Damazy Kordiałek, czyli Dambo z Brulionu Bebe B. i przyznam, że kiedy przedstawiał się klasie zdałam sobie sprawę, ile to już lat trwa ta seria.
No i rzecz najważniejsza dla całej przyszłości serii: to właśnie tutaj zaczyna się historia Roberta i Natalii, a Bella Rojek wchodzi do jeżycjadowej rodziny na dobre.
Po co wracać do Córki Robrojka?
Bo to baśń o Pięknej i Bestii opowiedziana na przekór wszystkim baśniom — taka, w której piękno nie ma nic wspólnego z urodą, a ratowanie kogoś nie wymaga magii, tylko odwagi, żeby przyjść i zostać. Bo Bella Rojek uczy, że pewność siebie nie bierze się z lustra, tylko z bycia kochanym mądrze. Bo Cezary Majchrzak przypomina, że za każdą „bestią” z sąsiedztwa może stać ktoś, kto hoduje róże i rozpaczliwie czeka, aż ktoś go zobaczy. I bo Robert i Natalia pokazują, że na miłość — tę prawdziwą, cichą, astrową — nigdy nie jest za późno.
A poza tym: czy jest w Jeżycjadzie® drugi taki moment, jak wiadra pełne róż na poddaszu przy Teatralce?
Nie ma. I właśnie dlatego kocham tę książkę.
Cytaty pochodzą z powieści „Córka Robrojka” Małgorzaty Musierowicz.








Dodaj komentarz