Szła powoli, bez pośpiechu, swoją zwykłą trasą, więc pewnie właśnie dlatego wydało jej się, że coś jest nie tak. Zwykle pędziła do pracy, nie oglądając się na nic. Dziś zauważyła wielkie jak nigdy kolejki przed sklepami spożywczymi. Przecznicą przebiegła grupka mężczyzn, ktoś krzyknął – nie zrozumiała słów – a w dali zaczęła buczeć syrena fabryczna.
Kiedy Gizela doszła do ulicy Kraszewskiego, usłyszała odległy gwar, a potem dalekie echo melodii – jakiś wielki tłum śpiewał „Boże, coś Polskę”. Syrena wciąż wyła, a zza rogu Jackowskiego wypadł na Gizelę młody Rudzik, biegnący co sił w nogach.
– Mirek! – przytrzymała go za ramię. – Co się dzieje?
Spojrzał na nią jak na głupią, okrągłymi oczami. Jasne włosy spadały mu na czoło, był spocony i zaczerwieniony.
– To pani nie wie? Strajk! Od Cegielskiego wyszli na ulicę!
– Idą na KW! – i już biegł dalej, w stronę Targów.
W swoim zakładzie Gizela trafiła na wrzenie. Nikt nie pracował. Wszystkie kobiety już wiedziały, co się dzieje. Stały w grupkach, naradzały się. Telefon w kantorku wciąż dzwonił i majstrowa co chwila przekazywała im wiadomości z całego miasta. Podobno do pochodu cegielszczaków dołączały inne zakłady, z Łazarza, z Górczyna. Podobno całe ZNTK poszło z nimi – partyjni i bezpartyjni, bez różnicy. Wszystkie załogi prawobrzeżnego Poznania opuściły swoje zakłady. Idą w kierunku placu Wolności. I właśnie dzwoniła koleżanka z Gajowej, z MPK – cała zajezdnia tramwajowa wyszła, ponad tysiąc osób.
– Jezus Maria, ludzie, to tak łatwo nie przejdzie, dołożą im, zobaczycie, z tego może być jeszcze wojna – lamentowała partyjna z biura. – O co im w ogóle chodzi, czemu wyszli?
Majstrowa wytłumaczyła jej, że to po prostu cierpliwość się ludziom skończyła. Dość tego wyzysku. Podobno do tego wszystkiego aresztowano delegację z Cegielskiego. Kobiety zastanawiały się, czy nie biec po dzieci do przedszkoli. Martwiły się, że nie mają zapasów chleba i kaszy.
Przed ósmą usłyszały przez uchylone okna niezwykły odgłos – szum, gwar, rosnący pomruk tłumu i stukot setek drewniaków.
Kobiety rzuciły się do okien, a Gizela z nimi – ogromny, niewiarygodnie liczny pochód tysięcy ludzi szedł przez całą szerokość i długość ulicy. Ubrani byli w granatowe kombinezony, w mundury kolejarskie i tramwajarskie, w zwykłe wreszcie ubrania.
– Chcemy chleba! – skandowali – Chcemy wolności!
Tyły pochodu śpiewały. Gizela usłyszała: „Co nam obca przemoc wzięła” i dreszcz spłynął jej po grzbiecie. To, że wołano o wolność jawnie, na ulicy – już było wolnością. Nie przypuszczała, że jeszcze zobaczy coś takiego.
Któraś z kobiet krzyknęła: – Chodźmy z nimi! – i szarpnęła drzwi hali. Ale okazało się, że są zamknięte. Wtedy Gizela rzuciła się do okna i zaczęła wołać w stronę tłumu – a głos miała donośny i gruby: – Idziemy z wami! Wypuśćcie nas!
Część ludzi odłączyła się od pochodu; w jednej chwili wyważyli stalową bramę zakładu, jakby była z tektury. Drzwi hal otworzono od zewnątrz. Tłum kobiet wybiegł na ulicę i wtopił się w pochód, idący ku Dąbrowskiego. Gizela z nimi.
Nie lubiła ujawniać, co myśli. Nie znosiła robić tego, co wszyscy. A najbardziej wstydziła się okazywać uczucia. Najpierw szła w tym olbrzymim tłumie i milczała z zaciśniętymi ustami, czegoś nawet jakby zła. Słuchała, jak ludzie krzyczą: – Precz z dyktaturą! i jeszcze: – Chcemy wolności! – i niespodziewanie dla siebie samej zaczęła śpiewać ze wszystkimi: „Marsz, marsz Dąbrowski!”. Wreszcie ogarnęła ją wielka radość, bo po raz pierwszy w życiu poczuła się naprawdę wolna, otoczona tylu tysiącami wolnych ludzi, w wolnym mieście. Około dziewiątej znalazła się na placu Stalina, pod Zamkiem. Cała ulica Armii Czerwonej była nabita ludźmi, cały plac także – a wciąż wlewały się w niego wszystkimi ulicami nowe pochody i każdy człowiek coś mówił, śpiewał lub krzyczał. Ogromny plac szumiał i huczał gwarem, śpiewami i okrzykami tłumów. Na wieży Zamku powiewała biała flaga, a ludzie mówili: – To znak, że władza poddała się ludowi. Podobno robotnicy od Cegielskiego rozmawiali z władzą na Zamku, żądali przybycia premiera Cyrankiewicza. I on podobno przyjedzie. Podobno Dag Hammarskjold jest w Polsce – niech zobaczy, co z nami robią. Goście targowi z Zachodu też niech widzą. Chcemy wolności!
Obok Gizeli, w ścisku, pojawił się radiowóz, opanowany przez robotników. Ktoś wykrzykiwał przez megafon, umieszczony na dachu wozu. Gizela zrozumiała tylko słowa: – Bracia siostry! – i w gardle ją ścisnęło ze wzruszenia. Nagle tłum zafalował, zahuczał – w oknach Domu Partii pojawili się robotnicy i oto wywiesili wysoko, nad wejściem, dwa wymalowane ręcznie hasła: „WOLNOŚĆ” i „CHLEBA”. Zrzucili czerwone sztandary i portrety przywódców.
Od Kaponiery nadjechały na plac trzy ciężarówki z milicją.
Gizela zlękła się, co teraz będzie, ale nic się nie stało: tłum zatrzymał samochody. Rozległy się okrzyki: – Milicja z nami! – i wyproszono milicjantów z samochodów. Wyszli bez protestu.
Nagle w tym ogromnym morzu ludzi rozległ się okrzyk, którego Gizela nie zrozumiała. Już wtedy było wokół niej tak ciasno, że po prostu musiała poruszać się z tłumem. Więc szła, nie wiedząc, dokąd, wśród nieustannego rozgwaru – okrzyków, śpiewów, dudnienia megafonu. Zobaczyła Stefanię Majewską, która nadbiegła ulicą Słowackiego od swojego placu Asnyka i teraz stała, przyciskając obie dłonie do ust, zalana łzami.
Tłum szedł i szedł, porywając Gizelę z sobą. Znalazła się przy rogu Dąbrowskiego i Mickiewicza właśnie wtedy, kiedy z dachu Ubezpieczalni Społecznej spadła z hukiem stacja zagłuszająca, rozmontowana przez manifestantów. Coś zaczęło się palić, tłum zafalował, zamruczał. Gizela poszła z nim dalej, w stronę Kochanowskiego, tam gdzie mieścił się Urząd Bezpieczeństwa.”
Fragment pochodzi z 14. części Jeżycjady pt. Kalamburka, autorstwa Małgorzaty Musierowicz

Zdjęcie pochodzi z zasobów Wikipedia common.









Dodaj komentarz